Wyjście z cienia
Wszystko zaczyna się niepozornie. Fizyk znajduje rozwiązanie dręczącego go od dawna problemu obliczeniowego. Gospodyni domowa zadaje pytania, które dotąd nie przychodziły jej do głowy. Pies otwiera lodówkę i rozmraża sobie mielone, a dziki królik bez większego wysiłku wydostaje się z pułapki. Ale zmiany będą przyspieszać…
Powieść Andersona, wielokrotnie nagradzanego autora fantasy i science fiction, mogłaby równie dobrze trafić nie do serii Wehikuł czasu, ale Cymelii ArtRage. To z jednej strony bardzo ciekawy materiał do rozmyślań nad naturą inteligencji, z drugiej — świadectwo swoich czasów.
Doskonale się ją czyta w zestawieniu z późniejszymi o kilka lat Kwiatami dla Algernona. W obu powieściach pytaniem numer jeden jest: czy większa inteligencja staje się źródłem szczęścia, a chociaż radości? Czy może raczej stanowi brzemię i przymus, a nagłe otwarcie oczu tylko uwidacznia nam marność życia?
Ludzkość 2.0
Jeśli zerkniecie do streszczenia powieści Andersona na Wikipedii czy w podobnym miejscu, dowiecie się, że konsekwencje poprawienia się stanu intelektualnego ma dla naszego gatunku kosmiczne konsekwencje. Olśnienie nie unika też wątków pożyczanych z filozofii Wschodu, zgodnie z którymi umysł rządzi ciałem i jego odczuciami.
Głód czy ograniczenia technologiczne przestają być problemem, myśl pokona je wszystkie, znajdując rozwiązania, które dotąd wydawały się nieosiągalne. To bardzo optymistyczna wizja, prawda?
Nie do końca, w Olśnieniu brzmią i ciemniejsze półtony. Po pierwsze silniejsze umysły pragną wolności — a to rodzi liczne rewolucje i destabilizuje struktury społeczne. Po drugie, jak wspomniałam, zwierzaki też cwanieją, więc nie dają się tak po prostu hodować na mięsko, a nawet na przytulanie.
Teraz naprawdę nie da się żyć bez wypracowania partnerskiej relacji z braćmi mniejszymi. Wreszcie, nie wszyscy ludzie są tak samo inteligentni jak inni, i żadne wyjście z cienia tego nie zmieni.
Wbrew powszechnym streszczeniom dla mnie najciekawsze były w tej powieści wątki kameralne, zwłaszcza historia jedynej szerzej tu opisanej kobiety. To wspomniana przeze mnie na wstępie gospodyni domowa, żona świetnego fizyka, głównego bohatera Olśnienia.
Jako jedyna nie godzi się z nagle zyskaną inteligencją i pragnie jedynie wrócić do siebie z przeszłości. Prostej, nudnej dziewczyny niezadającej zbędnych pytań, realizującej się w gotowaniu i podobnych codziennych zajęciach. Właściwie nie wiemy, dlaczego Anderson ją wybrał na postać tragiczną i co konkretnie ją przeraża — jałowość i niedopasowanie w związku, skomplikowanie świata, niemożność pozostania optymistką skupioną na domu?
Nie wydaje mi się, żeby Anderson krytykował w ten sposób wszystkie przedstawicielki tego genderu, bardziej interesujący wydaje mi się trop idealnej pani domu z lat 50., mającej być bezrefleksyjną, śliczną i radosną. Taki wzór nie wytrzymuje zderzenia z żadną rzeczywistością bez względu na poziom intelektualny reszty świata, a przecież bywa, z różnych powodów, kuszący.
Olśnienie ukazało się po polsku po raz pierwszy w 2010 roku, nowe wydanie (poprawione) korzysta z tego samego przekładu Martyny Plisenko. Możecie znać tę tłumaczkę z książek Eda i Lorraine Warrenów (tłumaczyła chyba wszystko, co z tej serii wydała Replika). Spotkacie ją też przy okazji innych powieści Andersona, których wznowień możemy się spodziewać w Wehikule czasu.
Nieco zapomniana klasyka fantastyki ze złotego okresu lat 50. i 60. doskonale uzupełni wasze biblioteczki… i umysły. Zobaczycie dzięki niej, jak daleko odeszliśmy od marzeń o podboju kosmosu, który wówczas wydawał się jedynie kwestią postępu techniki.
Ale czy dalej boimy się rozumieć więcej? Z tym pytaniem zostawiam was samych w obliczu kosmicznych cieni.

