Cynocefalowie, blemmjowie, zielone ludziki
Wyobraźnia ludzi średniowiecza znała wiele dziwnych stworów. Mogły być piękne jak jednorożce, straszliwe jak smoki, a wreszcie dziwaczne, ale stanowczo podobne do ludzi – jak wymienieni wyżej psiogłowi czy bezgłowi mieszkańcy krain tak fantastycznych jak królestwo księdza Jana (zainteresowanych odsyłam do najpiękniejszej baśni XX wieku, czyli Baudolino). Nieobce były im zjawiska typu krzyże na niebie czy statki powietrzne.
Reasumując, banalne ufoki nikogo by tam za bardzo nie zdziwiły, elegancko mieściły się bowiem w imaginarium ówczesnego bajarza. Może troszkę kontrowersyjne byłoby ich pozaziemskie pochodzenie, ale Bóg przecież jest wszechmocny (oraz rozpozna swoich, jakby co). Bowiem jedno było pewne: człowiek, a konkretnie chrześcijanin, stanowił ukoronowanie Stworzenia. I miał czynić sobie resztę poddaną.
Pod tym względem punkt wyjścia fabuły Andersona jest bardzo realistyczny – gdy pod angielskim zamkiem pojawia się statek kosmiczny, rycerze pod wodzą sir Rogera de Tourneville po prostu go sobie zabierają i postanawiają wykorzystać do osiągnięcia najważniejszego celu ówczesnej cywilizacji Zachodu – podbicia Jerozolimy. Na sztandarach dusz swoich niosą hasło: jak cudownie być Anglikiem! Ale… wychodzi im, jak przystało na powieść awanturniczą, zupełnie inaczej.
Nowe podboje, stare problemy
Może nie do końca jest tak, że dla bohaterów Podniebnej krucjaty istoty pozaziemskie nie są żadnym wyzwaniem. W końcu posługują się technologią ewidentnie zaawansowaną bardziej niż miecze i łuki.
Jednak, kiedy rycerz podróżuje, zabiera ze sobą cały dom. I to w sensie ścisłym: krowy, służących, żonę i dzieci. Całe gospodarstwo. A wraz z nim wszystkie codzienne troski. I bardzo szybko przekonuje się, że kwestia aprowizacji będzie z nich być może najprostsza do rozwiązania.
Ta powieść Andersona to lekka przygodówka, o zupełnie innych charakterze niż Olśnienie. Paradoksalnie, znajdziecie w niej dużo ciekawszy wątek relacji damsko-męskich i świetnie napisaną postać kobiecą, czego w tamtym tekście mi brakowało. Początkowo może się wam wydać, że jestem dla pisarza zbyt miła, ale dajcie lady Katarzynie chwilę na rozwinięcie skrzydeł.
Blurb na tylnej okładce Krucjaty obiecuje dobrą zabawę. Mogę potwierdzić, że nie został napisany na wyrost. Znajdziecie tam wiele ironicznych żarcików, ten jakby angolski humor, który tak mi się podobał także u Freda Hoyla.
Oczywiście, Anderson jako pisarz amerykański musi być nieco mniej uszczypliwy, a przy tym nie wypada mu wątpić w swój kwiat rycerstwa. Na pewno możecie postawić sobie tę książkę na półeczce “ku pokrzepieniu”. To kolejna pozycja z Wehikułu czasu, która niesie w sobie ducha bezpretensjonalnego, przebojowego optymizmu rodem ze Star Treka.
Podniebna krucjata ma w sobie coś łotrzykowskiego, ale też wiele ze średniowiecznego romansu, w którym przeplatają się heroiczne gesty, wersy na chwałę dam serca i ludyczne interludia. Jednocześnie jest to niewątpliwa fantastyka, kosmiczne podboje to przecież pieśń dużo późniejszych czasów. Jestem przekonana, że patronujący mojej recce Umberto Eco świetnie (by) się przy niej bawił – kto wie, może nawet o niej coś napisał, tylko nie zostało jeszcze przetłumaczone na znane mi języki?
