Snow Child to już piąta odsłona gry z serii Creepy Tale od „Creepy Brothers”. Choć niektóre postacie pojawiają się ponownie, to fabularnie jest to historia, którą można ogrywać osobno. Mimo że nie grałam w poprzednie części, gołym okiem widzę duże podobieństwa. Zdecydowanie zachowany jest ponury klimat, podstawowe mechaniki i różnorodność zagadek. Po przejściu tej gry mam nieodpartą ochotę zagrać również w poprzednie i sprawdzić historię młodej dziewczynki Ingrid, która tutaj jest potężną czarodziejką zagrażającą całemu światu.

Tajemnicze dziecko
Opowieść zaczyna się dosyć niewinnie i początkowy segment może wydać się nawet zbyt prosty, robiąc wrażenie gry dla młodszych odbiorców. Nie dajmy się jednak zwieść pozorom, bo jest to tylko wprowadzenie. W dalszej części pojawiają się już trudniejsze zagadki, więcej akcji oraz bardziej drastyczne i odrażające sytuacje, które w pełni oddają tytuł gry. Zaczynamy jako Furry, włochaty stworek mieszkający w małej chatce w lesie. Znajdujemy koszyk z porzuconym tajemniczym dzieckiem z różkami i po konsultacji z mrocznymi duchami, które najwyraźniej pełnią funkcję strażników lasu, postanawiamy się nim zaopiekować. Dość szybko przechodzimy do sterowania bobasem nazwanym imieniem Blizzy (bo akcja dzieje się zimą podczas zamieci śnieżnych), a zaraz po tym mamy przeskok czasowy i sterujemy już młodym niesfornym chłopakiem. W tej postaci ignorujemy jedyny zakaz naszego adopcyjnego ojca i pod wpływem słyszanych głosów zrywamy pieczęć piwnicznych drzwi, uwalniając groźną tajemniczą istotę (choć na razie jest ona jedynie martwym motylem zamkniętym w małej klatce). Gdy Blizzy wychodzi do lasu nazbierać grzybów na zupę (tutaj mamy jeszcze infantylną wesołą muzykę w stylu irlandzkim i dziecinnie proste zagadki), widzimy z ukrycia złowieszczego obwoźnego handlarza, a duchy lasu ostrzegają nas przed nim. Po powrocie do chatki spostrzegamy, że napadł on Furry’ego i wykradł klatkę z tajemniczym motylem. W tym momencie dowiadujemy się od duchów, że motyl jest groźną czarodziejką, którą Furry strzegł przez lata, a handlarz pochodzi z piekła i tam właśnie musimy się udać, by go odnaleźć. Oczywiście nic nie jest takie proste i przed udaniem się do piekła musimy przejść jeszcze jedną minigrę. Naszym zadaniem jest zdobycie miodku i zrobienie galaretki przyzywającej małego obleśnego chochlika imieniem Molek. Będzie on naszym przewodnikiem i pomocnikiem w dalszej części gry podczas piekielnej przygody, gdy napotkamy trudniejsze łamigłówki.

Bogata fabuła i obfitość gatunkowa
Jak łatwo zauważyć już po samym powyższym wstępie, fabuła jest bardzo rozbudowana, a to, co opisałam powyżej, to zaledwie pierwszy i najkrótszy segment gry zatytułowany: „Zagubione dziecko”, potem mamy „Piekielne przygody” – najobszerniejszą część, a później jeszcze „Więzy krwi”, które równie dobrze mogłyby stanowić osobny tytuł. Środkowy odcinek, oprócz tego, że zawiera długą i skomplikowaną drogę Blizzego do spotkania z handlarzem Modestem i powrót do domu, to dodatkowo przeplatany jest wspomnieniami z dzieciństwa. Podczas których wcielamy się ponownie w Furry’ego, próbując sobie przypomnieć jak radził on sobie z pewnymi zagrożeniami, takimi jak wielkie pająki czy trujący gaz. Wspomnienia przedstawione są w formie minigier, spośród których druga wyróżnia się na tle reszty tytułu, stanowiąc niemal osobną platformówkę; musimy w niej na czas wspinać się na górę planszy, przeskakując po podestach i zbierając diamenty.
Gra łączy dużo gatunków, mechanik i minigier, często zmienia się i przeplata to, co właśnie mamy robić. Na przykład: jeśli chcieliście akurat przy grze coś zjeść, posłuchać dialogów i spokojnie porozwiązywać zagadki, to zaraz może się okazać, że czekają was niespodziewane elementy zręcznościowe czy skradankowe. Wspomniane kwestie mówione bywają dosyć długie – lub takie się wydają, ponieważ niektórzy bohaterowie, chcąc brzmieć mrocznie, mówią bardzo powoli. Zdarzą się też gry rytmiczne, do których potrzebne są już obie ręce i pełna gotowość.
Creepy Tale: Snow Child jest trochę jak scrollowanie shortów, dużo się zmienia i nigdy nie wiesz, na co akurat natrafisz. Włączasz jedną grę, a masz wrażenie, jakbyś grał w sto różnych. Mało tego, w ostatnim rozdziale, gdy pomyślisz, że znasz już mniej więcej wszystkie mechaniki gry, nagle wcielamy się w trzy postacie jednocześnie, między którymi musimy się przełączać i każda z nich ma osobne właściwości.

Może ja też mam ADHD
Nie ukrywam, te różne gry akurat bardzo mi się podobały, wszystko było ciekawe, pomysłowe i na dosyć wysokim poziomie trudności. Jednocześnie nie aż takim, żeby się trudzić godzinami, więc były satysfakcjonującym wyzwaniem, dającym przyjemne poczucie małych zwycięstw. Mimo mechanicznej różnorodności wszystkie te gry łączyła spójna stylistyka: ręcznie rysowana grafika, klimatyczna muzyka oraz mroczne, odrażające i brutalne motywy, idealnie oddające klimat opowieści grozy. Regularnie polowało na nas coś dziwacznego – od „uroczej” i skorej do zabawy dziewczynki Adele, trzymającej poćwiartowane szczątki byłych chłopaków w słoikach, po projektanta mody Sarto, który próbował uciąć nam głowę nożyczkami. Ten ostatni, wraz ze swoimi zombifikowanymi asystentami oraz upiornymi leśnymi maszkarami, próbował przy okazji „wyprać” nam mózg i uczynić z bohatera posłuszną kukiełkę.
Grę do recenzji otrzymaliśmy przez stronę Keymailer, za co bardzo dziękujemy, ale nie wpływa to na ocenę końcową produktu