Na szczęście scenarzysta komiksu Simon Spurrier rozgrywa fabułę inaczej. Nie opiera jej wyłącznie na jednym wrogu, zamiast tego robi z niego narzędzie do uruchomienia czegoś znacznie ciekawszego – konfliktu, który toczy się w samych bohaterach. Ten motyw walki „od środka” jest jednym z najmocniejszych punktów całego albumu i to on nadaje temu tomowi wyjątkowy charakter.
Antagoniści jako układanka
Wrogów pobocznych jest tu sporo, ale nie sprawiają wrażenia wrzuconych na doczepkę. Spurrier umie ich wpasować w większy plan i – co ważne – każdy z nich pełni konkretną rolę w maszynie, którą zapowiadano już w poprzednich zeszytach. Ich wspólny zamysł brzmi niemal metafizycznie: „uśmiercić czas”, zatrzymać zmienność świata i wcisnąć rzeczywistość w formę wiecznego, niezmiennego porządku. Pomysł jest rozwijany konsekwentnie, z dbałością o motywacje i logikę działań poszczególnych elementów.
Nie wszystko wypada perfekcyjnie. Wątek przeciwników bywa momentami zbyt gęsty, chwilami celowo chaotyczny, a finałowe starcie tytułowego bohatera z tymi quasi boskimi siłami zostawia lekkie: „To już?”. To jednak bardziej niedosyt emocjonalny niż realny problem konstrukcyjny. W ostatecznym rozrachunku ta mieszanka dziwności i nowych elementów mitologii Flasha działa na plus – wnosi świeżość do świata, który łatwo mógłby ugrzęznąć w powtarzalnych schematach.

Barry na trudniejszej pozycji
Ten tom mocno stawia na drużynę. Wally dostaje tu serię ciosów (dosłownie i fabularnie), ale paradoksalnie to dobrze wpływa na rozkład akcentów: dzięki temu reszta Flash Family ma czas, żeby wybrzmieć i pokazać charakter. Bart Allen wypada fantastycznie. Nie tylko jako komediowy bezpiecznik, lecz także jako ktoś z zaskakującą „wrodzoną” energią, przez co łatwo go polubić (a jego wątek z pączkami ma dokładnie ten rodzaj uroczego absurdu, który rozładowuje napięcie). Do tego dochodzą smaczki dialogowe takie jak świetnie napisany Mirror Master II, którego sposób mówienia dodaje scenom wyrazistości.
Nawet jeśli część jego zachowań jest wynikiem działania sił stojących za wydarzeniami, to i tak Barry wypada blado na tle Wally’ego, który lepiej obcuje ze speedforce. Zdarzają się momenty, gdy reszta rodziny wręcz go lekceważy albo podcina mu skrzydła, kiedy próbuje „zebrać ekipę” i podnieść morale. W pewnym sensie rozumiem kierunek, w którym DC zdaje się zmierzać – odsunięcie Barry’ego w cień bywa korzystne, bo twórcy rzadko potrafią zbalansować jego obecność tak, by nie wyglądało, że zawsze stoi w cieniu Wally’ego.
Speed Force zyskuje sens, którego często brakowało
Największe zaskoczenie albumu? Sposób, w jaki napisano Speed Force. To nie jest tylko „tajemnicza energia” ani kapryśna siła, która raz działa tak, raz inaczej. Spurrier proponuje czytelniejszą metaforę: relację wymiany. Speedsterzy dostają moce, ale Speed Force – określana tu jako Deep Change – jest karmiona emocjami między bohaterami: miłością, więzią, powiązaniami rodzinnymi. Innymi słowy: ich bliskość i relacje są tlenem dla tej siły. To nie czyni z tej mocy klasycznej, świadomej postaci, ale nadaje jej wyraźny kierunek i pozwala Speedsterom zrozumieć, dlaczego właśnie oni – a nie przypadkowi ludzie – zostali „wybrani” do tej roli.
W parze z tym idzie szeroka obsada: Circuit Breaker dołącza do Flash Family na pełnych prawach, a Hartley Rathaway (Pied Piper) pojawia się w otoczeniu Terrifitech. Momentami dzieje się tak dużo, że artyści nie zawsze panują nad tłumem bohaterów. Zdarzają się drobne wpadki w ciągłości, gdy ktoś znika z kadru szybciej niż powinien, ale to bardziej efekt rozmachu niż coś, co rozprasza podczas lektury. Końcówka dorzuca flash-forward, który sugeruje przesunięcie akcji serii w stronę Skartaris. I to brzmi jak dobry kierunek, bo może odciążyć opowieść od nieustannego „metafizycznego przeciążenia” i dać więcej przygody realistycznej przygody. Pytanie: czy Spurrier porzuci część swoich dziwacznych elementów, czy raczej spróbuje je wtopić w klasyczną pulpę? Tak czy inaczej – zapowiada się ciekawie. Póki czas się nie zatrzyma to komiks, który jednocześnie pędzi i zatrzymuje czytelnika, żeby ten zdążył pomyśleć, co właściwie oznacza prędkość w świecie Flasha. Drugi tom serii zyskuje na świeżości dzięki rozbudowanej mitologii, świetnie napisanej Iris i mocnemu wykorzystaniu Flash Family. Barry wypada słabiej, a finał nie daje pełnego katharsis, ale całość broni się rozmachem, pomysłami i momentami wizualnego zachwytu.
