Kopanie, zbieranie czy obserwowanie?
Mrówki są typową grą euro, w której, za sprawą między innymi fenomenalnej oprawy graficznej, można nawet wczuć się w prowadzenie swojego małego mrowiska. Jest tutaj dużo aspektów do omówienia, więc pozwolę sobie jedynie wspomnieć o podstawowych i najważniejszych elementach mechanicznych. Zatem przechodząc do konkretów, gracz w swojej turze ma do podjęcia raptem jedną decyzję, a mianowicie, którą akcję z sześciu dostępnych wykona. Po pierwsze, może wysłać swoje dostępne mrówki do jednej z trzech czynności (przed wysłaniem bierzemy jedną kartę z rynku). Im więcej ich wyśle, tym mocniejszy efekt otrzyma. Zatem możemy kopać tunele (co umożliwi zagrywanie kart pomieszczeń generujących dużo punktów), wysyłać zwiadowców na dany obszar łąki (odkrywamy surowce na tym obszarze oraz wroga) albo zbieraczy po surowce. Kolejną naszą możliwością jest zagranie dwóch kart (musimy spełnić wymagania, czyli posiadać odpowiednie symbole i surowce) lub jednej i pokonanie wroga na obszarze z naszym zwiadowcą. Ostatnią opcją jest inkubacja – najciekawsza akcja! Generujemy wtedy zasoby, odpalamy efekty inkubacji z kart, karmimy nasze larwy, które następnie zamieniają się w mrówki, a także produkujemy jajka, które w następnej fazie zamienią się w larwy… Można poczuć ten klimacik!

Walka i feromony
Wiele składowych powoduje, że dla mnie Mrówki są bardzo przyjemnym i wciągającym eurosem. Po pierwsze, podoba mi się sałatka punktowa. PZ zdobywa się na różne sposoby: możemy iść w gwiazdki (identyczne cele do zrealizowania dla każdego gracza, które wymagają np. zdobywania flag przez m.in. zagrywanie kart czy wykopanie odpowiedniej ilości tuneli), pokonywać zwierzęta na łące, przesuwać naszą królową na torze lotu (swoisty wyścig, kto pierwszy doleci do pola punktującego, zdobędzie najwięcej PZ), zagrywać karty, aby tworzyć combosy, czy rozwijać swoje mrowisko. Po drugie, uwielbiam fazę inkubacji. Warto się do niej przygotować przez zagranie kart, które się aktywują w tej fazie, zwiększenie produkcji czy zdobycie odpowiedniej ilości pokarmu, aby nakarmić larwy.
Ponadto doceniam projekty kart. Ile to czasem trzeba się nagłowić, aby zagrać jedną mocną!? Uwielbiam to. A do tego dochodzi zaskakująca synergia pomiędzy niektórymi kartami (np. jedna produkuje mszyce, a druga umożliwia przerobienie jej na żywność). Oczywiście losowość potrafi dokuczyć i na rynku może nie być żadnej wartościowej karty, ale na szczęście w fazie inkubacji można poświęcić jedną, aby przesunąć się na torze lotu królowej.
Podobają mi się też bardzo pomniejsze detale, o których nie będę się za bardzo rozpisywał, czyli feromony (wypuszczamy je, jeśli na danym obszarze łąki skończą się surowce), zbieranie surowców z łąki czy rozbudowa mrowiska (możemy też zagrywać karty pomieszczeń, jeśli w mrowisku wydrążyliśmy pokój o odpowiedniej wielkości). W Mrówkach jest wiele świetnych mechanizmów, które sprawdzają się znakomicie. Nie jest to na pewno prosta do opanowania gra, ale jednocześnie jest na tyle przystępna, że już przy pierwszej, zapoznawczej partii, można czerpać masę frajdy z tej planszówki. I tak naprawdę nie ma tu niczego, co by mnie frustrowało czy wkurzało. Znajdzie się kilka irytujących drobiazgów, ale nie w warstwie mechanicznej. Pora zatem ocenić wykonanie.

Mrówka mrówce nierówna
Mógłbym ocenę wydania rozpocząć od rozpływania się nad fenomenalną grafiką, ale najpierw zaczniemy od trzech minusów. Numer pierwszy: karty. Nie jestem może specjalistą w tej materii, ale według mnie to jedne z gorszych kart, jakimi grałem – są wyjątkowo giętkie i cienkie. Od razu po pierwszej partii pomyślałem o zakupie koszulek. Poza tym mankamentem wypada mi wspomnieć także o gwiazdkach za kopanie. Zdobywam ów żeton w momencie, gdy zapełnimy cały poziom w mrowisku pokojami. Użyta ikona jednak w pierwszej chwili może sugerować, że chodzi o konkretną wielkość pokoju. Ponadto, pomimo że Portal Games dorzuciło do pudełka dodatkowe kosteczki zasobów, to zwłaszcza przy grze czteroosobowej może ich i tak zabraknąć.
Niemniej poza tymi detalami, całościowo wydanie Mrówek robi bardzo pozytywne wrażenie. Najlepiej prezentuje się oprawa graficzna, a zwłaszcza plansza główna przedstawiająca łąkę, po której przemieszczać się będą nasze mrówki. Świetne są te rysunki, a momentami zabawne, zaś najśmieszniejsze sceny przedstawiono na kartach. Docenić też warto dwuwarstwowe plansze graczy – perfekcyjnie spełniają swoją rolę. Wypada mi też wspomnieć o regrywalności. W moim odczuciu Mrówki za szybko się nie znudzą. Rozgrywkę możemy urozmaicić przez dołączenie do rozgrywki płytek królowych (każdy gracz zaczyna z innymi zasobami i zyskuje unikalną zdolność). Jednakże i bez tego elementu mamy do czynienia z na tyle krótką kołderką, że zawsze pozostaje niedosyt i chęć sprawdzenia innych sposobów na zdobycie dużej liczby punktów. Ja w każdym razie cały czas mam ochotę testować, a przede wszystkim chcę sprawdzić w praktyce większość kart, bo one oferują naprawdę różne możliwości (możemy na przykład zdobyć dużo punktów, hodując mszyce, zbierając truchła pokonanych zwierząt, czy też uprawiając kiełki).

Czy warto zostać mrówką?
Zagrałem w Mrówki w dwie i cztery osoby. W moim odczuciu, przy mniejszej liczbie osób jest przyjemniej. Przy pełnym składzie na planszy, przeznaczonej dla czterech graczy, i tak jest za ciasno i zbyt wiele się dzieje, a nawet można zostać zablokowanym. Nie zmienia to oczywiście faktu, że na tyle dobrze się bawię przy tej grze, że i w czwórkę też zagram. Mrówki nie są może objawieniem w świecie gier planszowych, ale ze względu na mechanikę kart, klimatyczne i angażujące akcje i całą tę fenomenalną oprawę graficzną… warto sięgnąć po ten tytuł. Ja na pewno jeszcze nie raz zagram w mrówy w tym roku, bo mam tutaj sporo do odkrycia. I wtedy może ostatecznie się okaże, czy Mrówki zdetronizują Daitoshi – obecnie moje najulubieńsze ciężkie euro od Portal Games.