Były sobie dwa królestwa
W Siedmiu Śmiertelnych Cierniach Amber Hamilton przenosi czytelnika do świata dwóch skłóconych królestw: Aragoy i Castelle. W pierwszym magia jest zakazana, a każdy, kto ją posiada, ma na sobie wyrok śmierci, z kolei drugie to jego sięgający po czary odwieczny wróg. W Aragoy poznajemy Violę Sinclair: dziewczynę, której przez wiele lat udawało się ukryć dzierżenie zabójczych mocy.
Niestety w wyniku splotu różnych wydarzeń prawda wychodzi na jaw, a na bohaterkę zaczyna polować królewski łowca – będący równocześnie szkolnym rywalem Violi – książę Roze Roquelart. Chłopak ma nie tylko rozwiązać problem, ale dodatkowo zrobić to w bardzo określonym czasie. Jeśli bowiem nie zmieści się ze swoją misją w siedmiu dniach, sam zginie.
Ponieważ młodzieniec raczej zalicza się do sprytnych osób, proponuje Violi zawarcie fałszywych zaręczyn, które to pozwolą odwlec albo nawet zdjąć z Violi karę śmierci, a księciu wykorzystać dziewczynę do odkrycia zagadki śmierci króla.
Królewicz Śnieżek, więc i relacje raczej chłodne
Kreacja Violi jest dość dobra. Dziewczynę cechują zachowania raczej inteligentne, mimo wszystkiego w co została wplątana. Nie pokusiłabym się jednak o stwierdzenie, że zalicza się do ciekawych czy wybitnych postaci. Jej relacja z Roze, początkowo skrajnie antagoniczna, dość szybko ewoluuje w klasyczną dynamikę od wrogów do kochanków (co raczej nie jest wielkim zaskoczeniem).
Sam Roze jest z kolei postacią bardziej złożoną, przedstawioną jako z jednej strony arogancki książę z własnymi demonami i przekleństwem, z drugiej empatyczny młodzieniec poważnie traktujący swoje obowiązki oraz konsekwencje z nich wynikające. Rozczarowuje fakt, że to, co miało być tu romansem, to ledwie jego zarys.
Emocje są płaskie, uczucia papierowe a chemia między bohaterami znikoma. Postacie drugoplanowe, takie jak przyjaciółka Violi czy znajomi księcia, mają momentami niezłe wejścia, jednak nie przykuwają uwagi na tyle, by powiedzieć o nich cokolwiek więcej czy zaangażować się w ich losy.
Trochę zagadki, trochę fantasy
Fabuła Siedmiu Śmiertelnych Cierni opiera się w dużej mierze na wątkach tajemnic. Kto zabił, czemu magia jest zakazana, dlaczego nie mówi się o wojnie i czarownicach. Wraz z kolejnymi wydarzeniami pojawiają się nowe pytania i to właśnie one (nie relacje między postaciami) trzymają nas przy tej historii.
Fakt, że wiele rzeczy można byłoby dopracować, gdyż finalne rozwiązania niektórych z wątków nie zaskakują, a samo tempo akcji jest momentami zbyt szybkie, jednak w trakcie lektury nie odczuwa się aż tak tych niedociągnięć fabularnych. To, co w mojej ocenie w ogóle nie zagrało, to wplecione co jakiś czas (prawdopodobnie wraz z upływem kolejnych dni wyznaczonych na zabicie Violi) pojedyncze akapity, streszczające fabułę.
W ogóle nie rozumiem jaka jest ich rola. Wywoływały one u mnie wyłącznie zirytowanie, że ktoś próbuje mi na siłę wyjaśniać co się dzieje, jakbym sama nie nadążała za treścią.
Jabłko też się zjada tylko raz
Siedem Śmiertelnych Cierni Amber Hamilton to lektura na raz, której nie potrafię z entuzjazmem polecić. Ot jednotomówka, z momentami straconym potencjałem. Fabularnie bywa całkiem wciągająca, jednak jako romans zdecydowanie nie zadowala, zwłaszcza jeśli zna się inne, podobne tytuły.
Książka ta nie wybija się też niczym znacząco ponad swoją konkurencję i stanowi raczej kolaż popularnych motywów gatunkowych. Dla czytelników szukających lekkiej, szybkiej lektury z nutą magii i romansu może to być udany wybór, ale jeśli ktoś oczekuje innowacyjnego świata lub głębokiej fabularnej oryginalności, ta pozycja raczej nie przypadnie mu do gustu. Sądzę też, że ta historia mogłaby zyskać na głębi, gdyby została zaplanowana jako seria, a nie pojedynczy tom.
