Kingowska atmosfera małomiasteczkowej grozy połączona z nietypową konstrukcją narracji to przepis na sukces czy może zasłona dymna kryjąca fabularne niedoskonałości? Przekonajmy się!
Jeżeli tak jak mnie do obejrzenia filmu kuszą Was trailery i pochwały roznoszone pocztą pantoflową, jesteście świadomi, jaki jest podstawowy zamysł fabularny. W pensylwańskim Maybrook pewnej nocy znika cała klasa dzieci z miejscowej podstawówki… z wyjątkiem jednego chłopca. Wszyscy jego koledzy wstali z łóżek o godzinie drugiej siedemnaście, wyszli z domów i pobiegli w ciemność, a potem nikt już ich więcej nie widział. Koncept tyleż prosty, co skuteczny, jeśli chodzi o zaciekawienie potencjalnego widza – w końcu wszyscy chcielibyśmy wiedzieć… Dlaczego?
O sprawach prostych nie wprost
Odpowiedź na to pytanie nie przyjdzie do nas łatwo, Zach Cregger postawił bowiem w scenariuszu na pewną zamierzoną zawiłość. Choć oczywiście da się tu wyodrębnić postaci pierwszoplanowe oraz te mniej istotne, z którymi nie spędzimy aż tak wiele czasu; historia nie będzie nam prezentowana ani chronologicznie, ani też ze stałej perspektywy głównego bohatera (lub bohaterów).
Zniknięcia to nie opowieść o osobie, ale o zdarzeniu. Zdarzeniu, które miało miejsce w konkretny dzień, w konkretnych okolicznościach… i wyglądało zupełnie inaczej widziane oczami różnych jego uczestników. Żaden z tych ludzi nie wie wszystkiego i nie rozumie w pełni, co zaszło – ale my towarzyszymy każdemu z nich i z czasem otrzymamy dość elementów układanki, by dostrzec w niej sens.
Zaczynamy więc od śledzenia wydarzeń oczami wychowawczyni zaginionej klasy; Justine Gandy. Od czasu tajemniczego zniknięcia dzieci kobieta nie ma łatwego życia; nie tylko zamartwia się o los swoich podopiecznych – włącznie z jedynym ocalałym chłopcem – lecz również musi się zmagać z napiętnowaniem przez lokalną społeczność, która okazuje jej całą paletę negatywnych podejść, od podejrzliwości po otwartą wrogość. Oba te czynniki sprawiają, że całą sprawę traktuje osobiście i stara się rozwikłać zagadkę na własną rękę, by móc wrócić do dawnego życia.
W innym filmie zapewne trzymalibyśmy się perspektywy Justine od początku do końca – ale nie tutaj. Ścieżka fabularna, po jakiej kroczy, przecina się z innymi, a my już niebawem dowiemy się, jak wyglądają tamte: co zrobił ojciec jednego z uczniów po wyjściu z burzliwego zebrania w szkole? Jak pewien policjant trafił do baru, w którym spotkała go Gandy, i tak dalej. Akcja filmu skacze zatem w tę i z powrotem na osi czasu; a my powoli wypełniamy luki i poznajemy odpowiedzi na niektóre pytania jeszcze zanim dojdą do nich sami bohaterowie.
Czy jesteśmy fanami tego rodzaju zabiegów to zapewne kwestia gustu. Ja raczej nie zaliczam siebie do tego grona; niemniej uważam, że ten zamysł został tu zrealizowany naprawdę dobrze i w żadnym momencie nie utrudniał mi odbioru filmu, lecz czynił go ciekawszym i bardziej ekscytującym; za wyjątkiem może kilku zbędnych w moim odczuciu scen.

Co autor miał na myśli?
Na płaszczyźnie dosłownego rozumienia fabuły zbyt wiele się nie dzieje. Jest to być może jedyny mój zarzut wobec Zniknięć. Przemieszanie perspektyw i chronologii wydarzeń dodaje całej opowieści smaczku i pomaga utrzymać zainteresowanie zagadką, ale w moim odczuciu jej rozwiązanie w finale jest mało satysfakcjonujące. Nie doświadczyłem efektu wow, raczej pokiwałem z rozczarowaniem głową, myśląc: „ach, czyli po prostu o to tutaj chodziło…”. Trudno mi się oprzeć wrażeniu, że gdyby akcja toczyła się w standardowy sposób, historia byłaby zwyczajnie nudna i niewarta opowiedzenia, a ocena tegoż dzieła spadłaby o ładnych kilka oczek w dół na naszej numerycznej skali. Na szczęście jednak wybrana przez Creggera stylistyka pomaga zamaskować te niedociągnięcia.
Poza tym, nie samą dosłownością człowiek żyje. W filmie możemy zobaczyć całkiem udane „ufantastycznione” obrazy zupełnie realnych ludzkich dramatów. Choć jest to przede wszystkim horror, znajdziemy tu zgrabne i poruszające odniesienia np. do przemocy domowej. Między wierszami usłyszymy o tym, jak z pozoru spokojne i zadbane dzieci mogą być zastraszane przez najbliższe osoby i zmuszane nie tylko do robienia rzeczy, których nie chcą; ale też do krzywdzenia siebie lub innych i ukrywania własnego oprawcy przed zewnętrznym światem. A także o tym jak ospale, niemrawo i nieskutecznie instytucje publiczne – czy nawet szerzej, ludzie tworzący społeczeństwo – reagują na niepokojące sygnały płynące od takich ofiar.
Na tym zresztą nie koniec. Chociaż nam może takie skojarzenia nie przychodzą najłatwiej, za wielką wodą film (zwłaszcza w świetle swego oryginalnego tytułu – Weapons) bywa też odczytywany w kontekście strzelanin w szkołach. Tam bowiem sytuacja, w której wszyscy rodzice uczniów jednej klasy bez ostrzeżenia stają zbiorowo w obliczu straty najbliższych nie jest czymś abstrakcyjnym i wymagającym nadprzyrodzonego incydentu, lecz straszliwym scenariuszem mogącym pewnego dnia się ziścić. I tak jak w Zniknięciach, czują się wtedy bezsilni, rozgoryczeni, osamotnieni i wypełnieni gniewem wobec osób, które dopuściły do tak strasznej tragedii – na przykład nauczycieli, jacy w ich mniemaniu powinni byli to wszystko przewidzieć i powstrzymać.
Sądzę, że warto o tym wspomnieć, ponieważ niezależnie od swoich walorów rozrywkowych, jakie dzieło Creggera oferuje miłośnikom zagadek i grozy, zawiera ono również całkiem udany komentarz społeczny. Udany, ponieważ zaprezentowany w sposób subtelny i dojrzały; nie dający łatwych i płytkich odpowiedzi na trudne pytania, a raczej podsuwający je widzowi do własnych przemyśleń i pokazujący przede wszystkim zwykły ludzki smutek i ból dotykający wszystkich zaangażowanych.

Sprytnie napisane, ciekawie opowiedziane, porządnie zagrane
Gwoli podsumowania powiedziałbym, iż Zniknięcia nie są może żadnym wiekopomnym dziełem, ale udanym, wartościowym filmem godnym obejrzenia z uwagą już tak. Bawiłem się na nich lepiej, niż się spodziewałem, uważam też, że jest to tytuł, w którym każdy znajdzie coś dla siebie i który jest po prostu dobrze zrobiony pod względem rzemieślniczym. Film można obejrzeć „niezobowiązująco”, dla samej akcji i tajemnicy zawartej w fabule, a przy okazji wynieść z niego garść refleksji, jakie pojawią się w nas mimochodem; bez nachalnego wyciskania łez czy protekcjonalnego moralizowania ze strony scenarzystów.
Aktorzy również radzą sobie bardzo dobrze – Josha Brolina i Aldena Ehrenreicha jak zwykle oglądałem z przyjemnością. Szczególnie jednak chciałbym pochwalić grę Julii Garner. Udaje jej się bowiem uniknąć uczynienia z Justine postaci irytującej i antypatycznej, o co nietrudno w przypadku grania znerwicowanej i upartej jak osioł nauczycielki na skraju załamania nerwowego, która stres zapija alkoholem i uśmierza innymi moralnie wątpliwymi decyzjami i zachowaniami. Julii na szczęście udaje się pokazywać emocje bohaterki bardzo naturalnie i bez zbędnej przesady; dzięki czemu wypada przekonująco i widzowi nietrudno jest trzymać za nią kciuki, nawet jeśli raz czy dwa zdarzy mu się pomyśleć „ojej, cóż za okropna baba!”.
Za możliwość obejrzenia filmu dziękujemy sieci kin Cinema City!