Ja, inkwizytor. Miecz aniołów to trzecia część Cyklu inkwizytorskiego. Po dwóch obiecujących tomach moje oczekiwania na rozwinięcie wątków anioła stróża oraz wewnętrznego kręgu inkwizytorskiego mocno wzrosły, szczególnie po ostatniej historii w Ja, inkwizytor. Młot na czarownice. Ponownie dostajemy pięć opowiadań, a każde z nich przedstawia inną sprawę, którą Mordimer musi rozwiązać.
Inkwizytor mierzy się z demonami i siłami nadprzyrodzonymi, ale także ze zwykłymi ludźmi, którzy po prostu egoistycznie chcą wykorzystać innych dla swoich korzyści. Bogactwo, władza czy młodość to dosyć standardowe powody do torturowania i zabijania. Dla mnie jednak najciekawsze były nowe informacje o strukturach religijnych. Oprócz znanych już papieskich wysłanników i wewnętrznego kręgu inkwizytorskiego, mamy też pewien osobliwy klasztor, który okazuje się mieć większe znaczenie, niż do tej pory można było przypuszczać. Różne drogi ludzi służących temu samemu Bogu są ciekawym wątkiem, który w tym tomie jest o wiele mocniej zarysowany.
Zbiór opowiadań rządzi się swoimi prawami i poszczególne historie powinny być zrozumiałe bez znajomości pozostałych, co daje autorowi pozwolenie na powtarzanie niektórych informacji. Niestety, gdy czyta się kolejne części w niedużych odstępach czasowych, ponowne wspominanie o czułym węchu Mordimera, niemyciu się Kostucha czy też wywody głównego bohatera o byciu uniżonym sługą stają się irytujące i po prostu niepotrzebne.
Nowe przygody głównego bohatera są bardziej różnorodne od poprzednich, a mimo tego trzeci tom podobał mi się najmniej. Nie wiem, czy wpływ na to miało moje nastawienie, czy rzeczywiście ten tom jest nieco słabszy. Żadne opowiadanie nie wyróżniało się na tle innych. Dopiero zakończenie ostatniego ożywiło całą książkę, która niestety skończyła się kilka stron później. Daje to nadzieję na dobrą część czwartą, ale chyba lepiej będzie, jeśli nie będę się na to nastawiała. Mimo wszystko z chęcią po nią sięgnę i dowiem się, co jeszcze czeka na Mordimera.