Wszechzima potwierdza, że świat Mrocznych Rycerzy ze Stali ma ogromny potencjał. To nadal uniwersum DC przefiltrowane przez fantasy, ale tym razem zamiast szeroko rozpisanej politycznej układanki dostajemy historię bardziej zwartą, chłodniejszą i wyraźnie surowszą w tonie. Trochę tu Gry o tron, trochę mrocznej baśni, a trochę brutalnej opowieści drogi.
Deathstroke w nordyckim wydaniu
W centrum fabuły stoi Slade Wilson, który w realia skutej lodem krainy wpisuje się zaskakująco naturalnie. Zmęczony wojownik dostaje zadanie proste tylko z pozoru: ma wytropić i zabić potwora. Szybko okazuje się jednak, że sytuacja wcale nie jest tak oczywista, a cała wyprawa zmienia się w podróż przez śnieg i lód, śmierć i własne ułomności.
Motyw ten sprawdza się bardzo dobrze, ponieważ Slade to bohater idealnie stworzony do historii, w której moralność jest brudna, a przetrwanie ważniejsze niż wzniosłe hasła. Dzięki tej koncepcji główny wątek ma odpowiedni ciężar i nie sprawia wrażenia sztucznie doklejonego do realiów fantasy.
Mroźna baśń zamiast klasycznej superbohaterszczyzny
Najciekawsze we Wszechzimie jest to, że komiks nie ogranicza się tylko do prezentacji serii walki w śnieżnej scenerii. Pod lodem kryje się baśniowy szkielet – klątwa, dawna tragedia, echo opowieści o uśpionym królestwie i uczuciach, które zamiast ratować świat, potrafią go zamrozić. Jay Kristoff sprytnie miesza te elementy, a finału nie opiera wyłącznie na efektownym końcowym starciu – dzięki temu daje on sporo satysfakcji.
Historia sama w sobie nie jest przesadnie skomplikowana, ale to akurat jej służy. Tom oddziałuje atmosferą i tempem martwego świata, który od dawna tkwi pod lodową pokrywą. Czuć tu chłód, pustkę i zmęczenie, a to robi większe wrażenie niż nawet najbardziej rozbudowana mitologia.

Największa siła tomu: klimat
Najmocniejszym atutem albumu pozostaje kreacja krainy. To miejsce wygląda jak świat po końcu świata – wymarłe, wyniszczone, pozbawione ciepła i nadziei. Komiks bardzo dobrze oddaje poczucie długiej zimy, która trwa już nie miesiące, ale całe lata. Dzięki temu również prostsze sceny mają odpowiedni ciężar.
Wszechzima jest bardziej kameralną opowieścią niż klasycznie rozpisaną epopeją. Wciąga nie dlatego, że co chwilę serwuje wielkie zwroty akcji, ale dlatego, że konsekwentnie buduje nastrój i ani na chwilę nie wypuszcza z lodowego uścisku.
W tomie pojawia się też dodatkowa opowieść poświęcona genezie Aquamana. Trzeba przyznać, że broni się ona znacznie lepiej, niż sugerowałby jej poboczny charakter. To historia, która przyciąga przede wszystkim swoim konceptem – znane elementy mitologii Arthura Curry’ego zostają tu przełożone na nowe realia w sposób świeży i pomysłowy.
Największe wrażenie robi jednak Czarna Manta, przedstawiona jako tajemniczy, mroczny rycerz. To jeden z tych pomysłów, które idealnie pokazują, jak dobrze działa ta seria, gdy sięga po znane postacie DC i przepuszcza je przez filtr fantasy. Właśnie w takich momentach Mroczni Rycerze ze Stali są najbardziej ekscytujący – gdy nie tylko zmieniają kostium bohatera, ale budują wokół niego zupełnie nową aurę. I w tym przypadku wyszło to naprawdę znakomicie.
Warstwa wizualna to jeden z największych walorów tego tomu. Artyści świetnie bawią się światłocieniem i subtelną kolorystyką – dominują tu błękity, szarości, przygaszone biele i lodowe refleksy, które wzmacniają wrażenie obcowania z martwą, przeszytą zimnem krainą. Ten komiks momentami wręcz lśni chłodnym blaskiem. Najlepiej wypadają plansze, w których kolor nie tylko zdobi, ale buduje emocje. Kontrast pomiędzy lodowatą paletą a pojedynczymi mocniejszymi akcentami robi świetną robotę. Dzięki temu część scen staje się prawdziwą wizualną ucztą. Widać tu też dużą dbałość o detale i kompozycję kadrów – to album, który zapada w pamięć właśnie dzięki obrazom.

Mroczni Rycerze ze Stali. Wszechzima to bardzo udany powrót do uniwersum znanego z poprzedniej części, choć tym razem utrzymany w nieco innym stylu. Album ten wyróżnia się nie tylko kameralną atmosferą, ale także chłodnym stylem i bardzo mocną oprawa graficzną.