Korporacje, spirytyzm, wielki potwór… Coś jeszcze? Bo wrzucamy, co popadnie
Zanim jednak przejdziemy do wyjaśnień, krótko o fabule: wcielamy się w detektywa, który ma zbadać sytuację na odciętych od świata zewnętrznego wyspach. Jak się okaże, wszędzie szwendają się nieudane eksperymenty korporacji „Quantum”. Od bladych nieumarłych po tytułowego stwora Boba. Nasz bohater musi doprowadzić do zniszczenia wszystkich niebezpieczeństw, zanim te wydostaną się poza granice wysp.
Mimo dość prostego wprowadzenia okazuje się, że w grze mamy motywy spirytystyczne, stwora na wzór „King Konga”, wspomnianego Boba wyglądającego jak ogromna ośmiornica, mordercze rośliny czy owadopodobne stworzenia. Naprawdę uwielbiam takie połączenia i normalnie byłbym w siódmym niebie, jednak przez długość gry aż nadto odczuwalne jest to, że autorzy wrzucili wszystko, co wpadło im do głowy. Z jednej strony nie mam im tego za złe — ich gra, więc mogą się bawić konceptem — z drugiej jednak nic tutaj nie ma sensu. Zwłaszcza że każdy wątek ma dość mało czasu ekranowego.
Mógłbym to jeszcze kupić, gdyby nie fatalne „żarty” tytułu. Podkreślę, że jestem osobą, która kilka razy w roku rewatchuje serię Straszny Film, więc oczywiste jest, że mój poziom humoru szoruje po dnie. Można jednak postawić na żarty, które nawet dla mnie są na niskim poziomie: Ralph, który przez radio kończy rozmowę zdaniem „Watch your six… seven”, albo strażnik narzekający na głos, że zaraz się zsika w spodnie, żeby po chwili oznajmić, że już mu poleciało po nogawce. To wszystko jest strasznie na siłę. Jak najbardziej można było postawić na niepoważną fabułę, jaką Inky Blinky Bob stara się mieć, ale kompletnie to nie wychodzi.

Dużo mechanik i pomysłów! Szkoda tylko, że dopracowania — zero
Powiem szczerze: gdy zagrałem w demo ocenianego produktu, od razu miałem skojarzenia ze Choo-Choo Charles’em. Podstawowe różnice obejmowały jednak pojazd (Charles oferował nam pociąg, a Bob — balon na gorące powietrze) oraz to, że Bob miał zaoferować walkę poza środkiem transportu. To kompletnie mnie kupiło, bo tak jak uwielbiam Charlesa, tak brakowało mi bezpośrednich starć poza uzbrojoną maszyną. Jednak Bob nauczył mnie, że lepiej jest czasem skupić się na jednej mechanice, a dobrze.
Zaczynając od wspomnianego balonu: jest to najlepszy element produkcji, co nie oznacza, że jest dobry. Dość szybko w grze otrzymujemy możliwość pilotowania, które jest bardzo przyjemne. Chwilę jednak trzeba poświęcić na zrozumienie sterowania — zarówno pod względem przemieszczania się, jak i strzelania — ale potem śmigamy z radością. Co jakiś czas lot przerwie nam Bob, którego trzeba nafaszerować ołowiem, by sobie grzecznie poszedł.
Gdzie leży problem? Po pierwsze, latanie ogranicza się do kilku podróży na całą grę, które zajmują jakieś 2–3 minuty, bo za każdym razem, gdy zmieniamy wyspę, atakuje nas Bob. Po drugie, balon nie ma takiej istotnej funkcji, jak pociąg w Choo-Choo Charles. Maszyna na szynach służyła nam nie tylko do przemieszczania się, ale też do ochrony przed alternatywną wersją Tomka, przez co dochodził aspekt pilnowania, by machina była w pobliżu lub ucieczka, gdy Charles się pojawiał. Gdy przemieszczamy się po lądzie, Bob nigdy nas nie zaatakuje. No i trzecia rzecz: mimo zdobywania nowych broni w trakcie gry walka z ogromną ośmiornicą sprowadza się do prostego strzelania mu w serce i oko. Można mnie teraz uznać za hipokrytę, bo Charles też w trakcie starć przyjmował wyłącznie ołów na twarz, ale tam przynajmniej było czuć dynamikę starć, z racji chaotycznie poruszającego się pociągu. Walki z Bobem swoją żywiołowością dorównują jedynie partyjce brydża, gdyż balon podczas starć kompletnie się nie porusza.
A wydarzenia lądowe — jak ostatecznie wyszły? Tak dobrze, że aż płakać mi się chciało. Na każdej wyspie, po wylądowaniu balonem, mamy parę misji do wykonania. Raz będziemy musieli unicestwić bossa, raz przeskradać się przez pole, w którym czai się silny stwór, a w innym momencie pomożemy jednemu z mieszkańców zrobić wybuchową niespodziankę żołnierzom złej korporacji. Niektóre misje były ciekawe, w rozumieniu stricte fabularnym, ale większość jest skonstruowana tak, że pojawiają się przeciwności w postaci tzw. one-shotów gracza. Nie dość, że często nie mamy możliwości odpowiednio zareagować za pierwszym razem, to jeszcze nieraz musimy wszystko wykonać od nowa po śmierci. Szczytem była misja, w której pod koniec całości stoimy na molo, które zaczyna się rozpadać, ale jest to tak losowe, że kilkukrotnie wpadłem do wody w trakcie tej misji (nasz detektyw niestety nie potrafi pływać). Później trochę oszukałem przy tym zadaniu, bo mogłem wskoczyć na wyspę i przejść molo dookoła, wracając do postaci, której miałem oddać zadanie. Może i brzydko uczyniłem ale moim usprawiedliwieniem jest to, że gra wielokrotnie oszukiwała mnie…

Może wszystko nie działa, ale za to nie da się grać
Podkreślę, że ten segment może być już nieaktualny, bo w trakcie publikowania recenzji autorzy wypuścili parę łatek. Niestety dane mi było grę skończyć w męczarniach błędów. Od czego tu zacząć? Musiałem kilkukrotnie wczytywać jeden poziom, bo kończąc misję i wychodząc z lokacji, uruchamiała się ona od nowa (problem był taki, że zadanie kończyło się pokonaniem bossa, a ten nie pojawiał się ponownie). Strzelba przy każdym przeładowaniu zabierała mi jeden nabój. Potwory blokowały się na sobie i nierzadko „zapominały”, że są wrogo nastawione. A jak już walczyły, to przyklejały się do gracza jak kropelka. Wrogowie po pokonaniu wciąż się odzywali. Skrypty misji się nie uruchamiały. Instrukcja walki z Bobem pokazała mi się dopiero podczas drugiej walki. I mnóstwo innych, mniejszych błędów.
Ale nic tak nie napsuło mi krwi jak błędy związane z dźwiękiem. Nie dało się go kompletnie ustawić: gra była wiecznie za głośna, natomiast w losowych momentach głosy postaci były raz głośniejsze, a raz cichsze. Jeśli już muszę ustawiać dźwięk w systemie, to jest bardzo źle. Te błędy spowodowały, że gra była dla mnie po prostu niegrywalna, a chęć porzucenia jej — coraz silniejsza.

Charles… Przepraszam
Graficznie jest co najwyżej poprawnie, jednak do kosza należy wrzucić wszelkie animacje, które boleśnie działają na nasz zmysł wzroku. Chociaż czasami były dla mnie łaskawe, bo po prostu nie działały.
Po aktualizacji sprawdziłem tytuł i poprawiono niektóre błędy, przez co nie doświadczycie tego, co ja. To i tak nie zmienia faktu, że Inky Blinky Bob jest grą po prostu frustrującą, nudną i nieudaną. Fabuła nie istnieje, a próba luźnego podejścia do tematu kończy się żenującymi scenami. Mechaniki są, ale o doszlifowaniu ich możemy jedynie pomarzyć. Rozwiązania wydłużające grę i eliminujące gracza bardzo szybko nie pozwalają cieszyć się tytułem. Przyznam się: miałem nadzieję na lepszego Choo-Choo Charlesa, ale teraz wykonuję przewrót w przód i w japońskim stylu klęczę na kolanach, przepraszając złego Tomka. Lepiej dopracować jedną mechanikę do perfekcji niż wrzucać do gry wszystko, co popadnie, tworząc niepotrzebny syf. Tego nauczył mnie Inky Blinky Bob.

Grę do recenzji otrzymaliśmy od Renaissance PR, za co bardzo dziękujemy, ale nie wpływa to na ocenę końcową produktu.