Don’t Nod od lat wyrabia sobie markę studia, które najlepiej czuje się produkcjach, które na pierwszy miejscu stawiają emocje. Choć ich portfolio rozciąga się dziś od akcyjniaków z elementami RPG, jak Banishers: Ghosts of New Eden, po cyberpunkowe eksperymenty pokroju Remember Me, to właśnie melancholijne, obyczajowe opowieści o młodych ludziach mierzących się z dorosłością stanowią fundament ich tożsamości.
Mimo, iż studio eksperymentuje z formą i gatunkiem, trudno nie odnieść wrażenia, że najnowsze Lost Records: Bloom & Rage to nieformalny spadkobierca ich najbardziej rozpoznawalnego dzieła, czyli Life is Strange – i to z pełną świadomością. Nowa gra, to jednak nie sequel sensu stricto, co duchowa kontynuacja – z nowymi bohaterami, w innym miasteczku, ale tą samą ideą stojącą za całością: opowieścią pełną nostalgii, tajemnicy, przyjaźni i cichych dramatów ukrytych pod warstwą promiennego uśmiechu.

Velvet Cove, 1995
W Lost Records wcielamy się w Swann Holloway, nieco wycofaną, introwertyczną nastolatkę, która spędza ostatnie tygodnie wakacji w sennej mieścinie Velvet Cove przed przeprowadzką do Vancouver. Przesycone leniwą atmosferą dni szybko jednak zmieniają tempo, gdy Swann poznaje Norę, Autumn i Kate – dziewczyny, które staną się osią całej opowieści. Ich relacja nie tylko zmieni życie głównej bohaterki, ale też stanie się zaczynem tajemniczych wydarzeń, które po latach powrócą w najmniej oczekiwany sposób.
Narracja gry prowadzona jest dwutorowo – w czasach teraźniejszych oraz w formie retrospekcji. To zabieg znany z wielu dramatów psychologicznych, ale w Lost Records jego siła polega na kontraście. Obserwujemy bowiem bohaterki jako dojrzałe kobiety, które nie do końca zaakceptowały wydarzenia z przeszłości. Kiedy Swann po latach wraca do Velvet Cove, wszystko zaczyna się od nowa: stare emocje, tajemnice i wspomnienia zepchnięte tak daleko, że nieomal wyparte ze świadomości. To właśnie naszym zadaniem będzie ustalenie, co tak naprawdę wydarzyło się latem 1995 roku.

Znak jakości?
Scenariusz to definitywnie ten aspekt Lost Records, który deweloperzy postawili na pierwszym miejscu – i trzeba przyznać, że zwykle taka decyzja odpłaca im się z nawiązką… choć ma też swoje problemy. Podobnie jak sama historia, gra została podzielona dwie „taśmy”. Pierwsza część jest skupiona na powolnym budowaniu klimatu i więzi według slow burnowej maniery – pełna rozmów, spojrzeń, wątpliwości i wspólnych planów. To, co szczególnie urzeka w tej części gry, to nie tylko przedstawienie beztroskich, ale i przełomowych chwil w życiu nastolatek, lecz także uchwycenie atmosfery lat 90. Don’t Nod preferuje pod tym względem subtelne odniesienia: plakaty, ubrania, dźwięki i dialogi oddające ducha epoki bez przesadnej stylizacji. Velvet Cove nie jest miejscem spektakularnym — jest zwyczajne, a przez to autentyczne.
Niestety, druga połowa wypada na tym tle nieco gorzej. Po cokolwiek szokującym fabularnym twiście, wieńczącym sielankowe przygody nowo poznanych koleżanek, twórcy postanawiają bowiem zakasać rękawy i podkręcić dramaturgię. Gdy tempo przyspiesza, historia próbuje zawiązać wątki i wyprowadzać kolejne ciosy z siłą emocjonalnego katharsis, ale w efekcie robi to momentami zbyt pobieżnie. Co więcej, enigmatyczne zakończenie również nie każdemu musi przypaść do gustu – zwłaszcza, że nie odpowiadając na wiele pytań, dość nachalnie sugeruje możliwość sequela.

Opowieść i emocje
Gameplayowo Lost Records to klasyczny przedstawiciel narracyjnych przygodówek: dużo rozmów, eksploracja ograniczonych lokacji, interakcje z otoczeniem. Najciekawszą (w teorii) mechaniką jest możliwość nagrywania wydarzeń kamerą – czysto analogowo, na taśmę VHS. Początkowo budzi to frajdę: budujemy własny wideo pamiętnik, wybieramy co zapamiętać i jak. Niestety w praktyce okazuje się, że nasz wpływ na jego kształt jest znikomy. Większość nagrań to obowiązkowe punkty fabularne, a pozostałe są bez znaczenia. Kamera, zamiast być narzędziem budowania wspomnień, staje się niemal ozdobną funkcją. Twórcy mogli uczynić z niej nośnik opowieści, choćby pozwalając graczowi wracać do nagrań i odkrywać nowe znaczenia scen, ale ten potencjał pozostał niewykorzystany.
Elementem wyróżniającym się na tle innych są decyzje, które podejmujemy w trakcie rozmów z koleżankami – ale i tutaj nie obyło się bez zgrzytów. Wiele z dialogów to prosty wybór: albo „flirtuj”, albo „zepsuj relację”. Brakuje odcieni szarości, które lepiej oddawałyby naturalną dynamikę rozmów nastolatków. Mimo to, gra daje poczucie, że nasze wybory mają znaczenie – nie tylko dla zakończenia, ale także dla tego, jak rozwijają się relacje między bohaterkami. Emocjonalna inwestycja w te postacie jest realna, co jest największą siłą produkcji. W miarę rozgrywki zaczynamy rozumieć, że każda z dziewczyn niesie swój własny ciężar, a przyjaźń, jaka między nimi się rodzi, to nie tylko wakacyjna przygoda, ale fundament przyszłości.

Estetyka i klimat lat 90.
Na szczęście warstwa audiowizualna broni się znakomicie. To coś zgoła przeciwnego do ostrych jak brzytwa tekstur i fotorealizmu w produkcjach pokroju Alana Wake’a 2 – grafika utrzymana jest w lekkiej stylistyce, z delikatną kreskówkowością, pastelowymi barwami i klimatycznym oświetleniem. Nieźle sprawa wygląda również, jeśli chodzi o modele postaci – ich mimika jest ekspresyjna, a animacje subtelne i naturalne. Lokacje, choć ograniczone, są pełne szczegółów i udanie przywodzą na myśl letnie dni dzieciństwa.
Takie wrażenie potęguje też ścieżka dźwiękowa – złożona z utworów w stylu lat 90., z gitarowym podkładem dominującym w każdym z nich. Choć nie znajdziemy tu licencjonowanych hitów epoki, muzyka została dobrana tak, by stanowić nie tylko tło, ale część narracji. Każdy motyw przywołuje emocje, a niektóre momenty zyskują dzięki nim siłę, której brakuje im w samej treści.

Melancholia bez rewolucji
Lost Records: Bloom & Rage nie jest grą bez wad. Bywają momenty, gdy tempo zgrzyta, a struktura narracyjna nie do końca trafia w punkt. Niektóre dialogi wydają się przesadzone, a mechaniki – jak kamera – tylko pozornie dają złudzenie własnoręcznego wpływu na rozwój historii. Szkoda też, że nie pokuszono się o oddanie graczowi większej ilości miejsc do eksploracji – przeważająca część akcji toczy się w tych samych lokacjach, co po kilkunastu godzinach może dawać wrażenie monotonii.
Jednak mimo tych zastrzeżeń, najnowsza produkcja Don’t Nod pozostaje doświadczeniem, które jakimś sposobem umie trafić w serce. Nie rewolucjonizuje bowiem gatunku, ale oferuje dokładnie to, czego oczekują fani studia: historię, którą zapamiętujemy bardziej sercem niż głową. Dla fanów Life is Strange, Oxenfree czy The Walking Dead od Telltale – to nadal pozycja, przy której mogą spędzić kilka miłych chwil.