Lost in Time wprowadziło na polski rynek wybitny duet w osobach Vincenta Brugeasa i Ronana Toulhoata. Po świetnej Republice Czaszki i wybitnym Królu rozpustników przyszedł czas na Rycerza Psiego Łba. Czy opowieść o turnieju rycerskim okaże się wciągająca?
Rycerskie pojedynki
Po twórcach Króla Rozpustników spodziewałem się rozmachu w ich kolejnym dziele. Zatem w Rycerzu Psim Łbie oczekiwałem całej masy intryg, licznych krwawych walk i niespodziewanych zwrotów akcji. I tu spotkała mnie wielka niespodzianka. Ponieważ mamy do czynienia z bardzo kameralną historią. Tak naprawdę cała fabuła koncentruje się na jednym turnieju rycerskim. Nie ma tutaj w zasadzie większych intryg, nikt nawet nie ginie. To zwyczajny turniej rycerski, na którym dwójka głównych bohaterów chce się wykazać przez pokonanie jak największej ilości rywali. Oznacza to także pieniądze, a jakże. Jasne, w tle dochodzą takie elementy jak hazard uprawiany przez giermków, delikatne nakreślenie sytuacji politycznej – kto, dlaczego i po co organizuje ten turniej. Nie zmienia to faktu, że nie ma tu za grosz rozmachu z Króla Rozpustników. I bardzo dobrze! Choć, bardziej sobie cenię wspomniane dzieło od Rycerza Psiego Łba, ale w tej spokojnej, nieskomplikowanej narracji jest coś świeżego. W końcu można uświadomić sobie, że życie prostych, biednych rycerzy wędrujących szlakami od jednego turnieju do drugiego też może być ciekawe. Wcale nie muszą oni zmieniać biegu historii. Wystarczy, by mieli interesująca osobowość… no właśnie. Tytułowy protagonista to tak naprawdę kobieta. I to jest główny twist całego tego tytułu. Kobieta, która ukrywa swoją płeć, aby móc realizować się w roli rycerza – ciekawy wątek, dobrze poprowadzony. Równie istotny jest jej towarzysz, czyli Josselin. To ambitny wojownik, który postawił sobie za cel pokonanie niezwyciężonego Czarnego Rycerza. I znowu wątek z Czarnym Rycerzem jest świetny w swej prostocie. Nie ma tu spektakularnego zwrotu akcji, bo to opowieść o codziennej doli rycerstwa.

Duma rycerza, przebiegłość giermka
Twórcy wprowadzili interesujący zabieg. Po każdym rozdziale na raptem jednej stronie któryś z bohaterów otwiera się i opowiada o swoich uczuciach, pragnieniach itd. Przypomina to trochę motyw Trudnych Spraw itp., ale w tym wypadku jest to zrobione z klasą. Przechodząc do rysunków Ronana Toulhoata, mogę powiedzieć, że dalej podoba mi się jego styl. Choć muszę powiedzieć, że walki rycerzy nie wyglądają aż tak spektakularnie, jakbym się spodziewał po tym artyście. Za to do wydania nie mam żadnych zastrzeżeń, a wręcz wypada mi wspomnieć o dodatkach. Po pierwsze zamieszczono na końcu historię, która powstała specjalnie na zamówienie księgarni komiksowej. Jest to krótka opowieść o dniu tuż po turnieju. Nasi bohaterowie wpakowali się w tarapaty, a sam finał przynosi odrobinę… śmiechu. Doskonałe uzupełnienie sześciu zeszytów serii głównej. Do tego zamieszczono kilka szkiców, a że Toulhoat jest wielkim artystą, to i z przyjemnością przyjrzałem się jego wczesnej pracy nad tym tytułem.

Czy warto zmierzyć się z Rycerzem Psim Łbem?
Rycerz Psi Łeb, jest historią bez wielkich narracji, znaczących bohaterów, to jedynie prosta opowieść o turnieju rycerskim i dwóch zdolnych, biednych rycerzach. I czytało mi się to po prostu wyśmienicie. Już z niecierpliwością czekam na kolejny tom. Pierwsza część tworzy zamkniętą całość – domyka wszystkie wątki. Niemniej i tak chciałbym jeszcze potowarzyszyć tej dwójce zdolnych rycerzy oraz ich niesfornemu, ale jednocześnie zaradnemu giermkowi. Zatem już czekam na kontynuacje Rycerza Psiego Łba i to równie mocno, jak na drugi tom Króla rozpustników.

Komiks do recenzji dostarczyło wydawnictwo Lost in Time, za co bardzo dziękujemy, ale nie wpływa to na ocenę końcową produktu.