Mike Mignola jest gwarantem jakości. Ma na swoim koncie wiele naprawdę świetnych komiksów wypełnionych demonami i innymi rozmaitymi straszydłami. Czy jednak jego najnowsza wydana w Polsce powieść graficzna pt. Lady Baltimore jest w stanie dorównać takim perełkom jak Joe Golem czy Batman: Zagłada Gotham?
Po epoce Lorda nastały czas Lady
Nie czytałem jeszcze Baltimore’a. Kusiła mnie ta pozycja, ale jej wysoka cena, a także grubość (powoli zaczyna mi brakować miejsca na komiksy) zachęcały mnie do odwleczenia zakupu. I w sumie dobrze się stało, bo dzięki temu wpadła mi w ręce mniejsza, chudsza i tańsza kontynuacja. Lady Baltimore opowiada o walce uczennicy i żony Lorda Baltimore’a z czarownicami. Pomimo tego, według mnie, nie jest wcale wymagana znajomość Baltimore’a. W światy wykreowane przez Mike’a Mignolę łatwo i błyskawicznie się wsiąka. Tak też było w tym wypadku. Szybko pochłonąłem tę pozycję, aby po wszystkim odłożyć ją na półkę z uczuciem lekkiego rozczarowania. Fabułę można streścić w paru słowach, a mianowicie jest to opowieść o starciu tytułowej bohaterki i jej towarzyszy z czarownicami, które wspierają III Rzeszę w podboju świata. Mnóstwo akcji, strzelania i czarowania przez co zabrakło czasu na złapanie oddechu. Oczywiście są wątki poboczne, jak na przykład rozwijanie się romantycznej relacji głównej bohaterki z Imogen. Jednakże nie da się ukryć, że przede wszystkim lecimy od jednego starcia do drugiego. Najpierw walka z wiedźmą i jej uwięzienie, potem nalot innych czarownic na samolot, a następnie złapana magiczka próbuje się wyswobodzić itd. Bohaterowie też nie bardzo mają się kiedy wykazać. Lady Baltimore ma grupkę ludzi, których charakteryzuje jedynie broń, którą posługują się, walcząc z czarownicami. Pojawia się nawet Golem Joseph, który pierwotnie wystąpił w fenomenalnym komiksie Joe Golem, ale odgrywa tutaj jedynie marginalną rolę. Chociaż jest trochę powodów do narzekania, to nie zmienia faktu, że jest to sprawnie napisany akcyjniak z silnymi bohaterami (zwłaszcza kobiecymi) dostarczający nieskrępowaną frajdę z oglądania, jak kolejne czarownice giną w efektowny sposób.

Czy warto dołączyć do Lady Baltimore?
Mike Mignola ma na swoim koncie wiele fenomenalnych komiksów, Lady Baltimore jest raczej przeciętniakiem w jego portfolio. Na dodatek odpowiada on jedynie za scenariusz, a rysunki są dziełem Bridgit Connell. Wolę kreskę Mike’a, ale Bridgit też daje sobie radę. Trochę szwankuje drugi plan jeśli chodzi o detale, ale za to czarownice wyglądają niebywale paskudnie (to oczywiście komplement, bo wiadomo, że im brzydsza wiedźma, tym potężniejsza). Na końcu tomu Bridgit Connell opowiada co nieco o swoim warsztacie i pomysłach na wygląd poszczególnych postaci – świetny dodatek. I cóż mogę powiedzieć, po lekturze Lady Baltimore, że jestem trochę rozczarowany, ale jednocześnie (co najważniejsze) miło spędziłem czas, patrząc, jak protagonistka szlachtuje wiedźmy. Niestety od Mike’a wymagam więcej. Na chwilę obecną będzie to jego najgorsza powieść graficzna, którą trzymam na półce. Niemniej przypuszczam, że sięgnę po drugi tom, bo w końcu to Mignola. Pewnie fani jego twórczości od razu kupią tę pozycję, ale w sumie co się dziwić, wszak wszystkie jego komiksy są na swój sposób magiczne.

Komiks do recenzji dostarczyło wydawnictwo Egmont, za co bardzo dziękujemy, ale nie wpływa to na ocenę końcową produktu.