Zanim jednak przejdę do problemów tego tytułu opowiem krótko o fabule. Historia osadzona jest w tytułowym Little Creek, gdzie nocami od jakiegoś czasu dochodzi do podejrzanych wydarzeń. Tu wkracza protagonistka gry, Sloane. Dziewczynka wspólnie z trójką przyjaciół – Harveyem oraz bliźniaczkami Lydią i Lizzy wymykają się pewnej nocy ze swoich domów, by wyjaśnić co tak naprawdę prześladuje ich rodzinne miasteczko. Fabuła może nie jest jakoś specjalnie oryginalna, ale dobrze wpisuje się w gatunek młodzieżowych opowiadań z dreszczykiem. Generalnie historia nie jest zła, tylko dość krótka. Spokojnie można ją przejść w czasie poniżej siedmiu godzin. Wspomniane wcześniej nawiązania do książek R.L. Stine’a są miłym dodatkiem, a jedno z nich nawet ma kluczowe znaczenie dla fabuły (spokojnie, nie będę zdradzał o co dokładnie chodzi). Skoro zatem pozytywną część recenzji mamy za sobą, to pora przejść do tego, co jest złe.
Pora wyjaśnić co wywołuje wspomniane na początku wątpliwości. Otóż Goosebumps: Terror in Little Creek to jeden z wielu licencyjnych tytułów wydanych przez GameMill Entertainment. To właśnie ten wydawca jest odpowiedzialny za wypuszczenie takich fatalnych gier jak The Walking Dead: Destinies czy Skull Island: Rise of Kong. Co zatem mogło pójść nie tak? Gameplay w tym tytule, to mieszanka eksploracji, skradania, walki (opcjonalnej) oraz łamigłówek. Nazywanie ostatniego z wymienionych elementów “łamigłówkami” jest w sumie mocno na wyrost. Wyjaśnię o co mi chodzi na przykładzie. Jedna z pierwszych zagadek na jaką trafimy w grze polega na znalezieniu szyfru do zamka. Szyfr ten to cztery cyfry znajdujące się na budynku, ale musimy je najpierw odsłonić. Jak to zrobić? Obracając dwie statuetki tak, by stały przodem do ulicy. Oto cała “łamigłówka”. Ten poziom “trudności” utrzymuje się przez całą rozgrywkę. Wszystko jest tak oczywiste i trywialne, że nawet dziecko będzie zażenowane grając. Naszym głównym narzędziem do rozwiązywania zagadek oraz bronią jest proca. Działa ona ogólnie dobrze. Nawet wystrzelone pociski po przebyciu pewnej odległości zaczynają opadać. Trzeba jednak pamiętać by nie stać zbyt blisko obiektów z kolizją, bo prawdopodobnie w nie traficie nawet jeśli w nie nie mierzycie. Dostępne do procy są różne rodzaje amunicji, zarówno ofensywnej jak i defensywnej. Niestety przełączanie się między nimi jest po prostu głupie. W każdej innej grze, aby to zrobić musielibyśmy nacisnąć jakiś klawisz albo przewijać rolką myszki. Tutaj musimy wejść do menu ekwipunku, kliknąć na amunicji, której chcemy używać i jeszcze raz kliknąć przycisk wyekwipuj. Niepotrzebnie skomplikowana procedura dla bardzo prostej czynności. Najbardziej mnie chyba zaskoczył brak typowych błędów. Gra ani razu mi nie scrashowała, nie było specjalnie odczuwalnych problemów z performancem ani glitchy blokujących postęp. Jedyna oczywista rzecz na jaką trafiłem, to pojedynczy przeciwnik, który nie zniknął po pokonaniu.

W kwestii grafiki i animacji też można powiedzieć wiele. Początkowo, gdy oglądałem grafiki z gry, to pomyślałem, że stylem przypomina mi nieco Psi Patrol. Tutaj chciałem bardzo gorąco przeprosić fanów i twórców tej marki, bo bardzo się pomyliłem. Grafika wygląda o wiele gorzej. Styl graficzny na jaki zdecydowali się twórcy Terror in Little Creek wygląda jak z niskobudżetowej gry dla przedszkolaków, a tytuł jest w kategorii wiekowej PEGI 12. Kompletnie niezrozumiały dla mnie zabieg. Ponadto w całej grze widać niedociągnięcia w postaci źle dopasowanych tekstur. Stając przy dowolnej ścianie można dostrzec szczeliny, przez które przebija się pustka lub wewnętrzna strona obiektów naprzeciwko. Animacje twarzy praktycznie nie istnieją lub kompletnie nie pasują do tego, co mówi postać. Ruch ust jest, ale wygląda jak bardzo kiepsko zgrany dubbing do obcojęzycznego filmu. W dodatku postacie wodzą oczami we wszystkich kierunkach w czasie rozmów nie wiedzieć po co. Najbardziej jednak uderzają plastikowo-woskowe twarze bez jakichkolwiek emocji (z wyjątkiem może dwóch cutscenek). Przynajmniej przy poruszaniu się postacie wyglądają ok i tylko ok. Różne sekcje menu pauzy też piękne nie są. Wyglądają niezwykle amatorsko i mdło. Dwa największe niedociągnięcia na jakie zwróciłem uwagę, to przycięte okno z modelem protagonistki oraz dziwny, wiecznie pusty wskaźnik bez wyraźnego zastosowania. Oba elementy wydają się w ogóle niepotrzebne, ale po jakimś czasie zrozumiałem po co one są. Do pierwszego wrócę nieco później, a drugi to zapewne źle zaimplementowany miernik ucieczki. Przed silniejszymi wrogami możemy jedynie się ukrywać lub przed nimi uciekać. Gdy jakiś nas złapie, to musimy się mu wyrwać, szybko przyciskając odpowiednie klawisze. Tutaj pewnie na ekranie miał wyskakiwać ten miernik i wypełniać się im bliżej jesteśmy ucieczki.
Muszę jeszcze poruszyć temat udźwiękowienia i tak, tu też są problemy. Na początek chodzenie i bieganie. Gdy protagonistka porusza się normalnie lub się skrada, to brzmi jakby chodziła po wygłuszonej perkusji. W ogóle nie ma zróżnicowania w kwestii powierzchni po jakiej się porusza. Nieważne czy przechadzamy się po trawie, chodniku, drewnianej podłodze, to zawsze jest ten sam odgłos. Przy bieganiu robi się jeszcze śmieszniej, bo odgłos chodzenia i pokrywa się ze zdecydowanie cięższymi stąpnięciami biegu. Po pewnym czasie można nauczyć się to ignorować, lecz takiego problemu nie powinno nawet być. Dubbing w tym tytule też jest dziwny. Raz aktorzy próbują aż za bardzo brzmieć przekonująco, a w innych jakby byli zmęczeni i mieli wszystko gdzieś. Ponadto w trakcie rozgrywki można usłyszeć jak główna bohaterka wymawia swoje kwestie w sarkastyczny sposób i to zupełnie bez powodu. Zdarza się to podczas niektórych interakcji z otoczeniem (tabliczkami informacyjnymi, jedzeniem itd.). Ewidentnie mamy tu do czynienia ze źle przygotowanymi i dobranymi nagraniami.

Wcześniej wspomniałem o oknie z naszą postacią w menu pauzy. Przez całą rozgrywkę myślałem, że jest ono kompletnie niepotrzebne. Ani na nim nie widać efektów odniesionych obrażeń i nie dało się zmieniać wyglądu postaci. Po co zatem takie okno? Otóż byłem w błędzie co do modyfikowania wyglądu. Jest ono w grze, ale uwzględnione w kosmetycznym DLC. Pakiet nazywający się Fright Pack zawiera pięć masek dla głównej bohaterki nawiązujących do książek R.L. Stine’a, powiązane z nimi skórki do procy (też pięć), a także przeglądarki modeli 3D oraz grafik koncepcyjnych. O ile maski i skórki ukryte za dodatkową opłatą nie są czymś nadzwyczajnym w tych czasach (niestety), o tyle możliwość oglądania modeli oraz innych grafik są podstawowymi funkcjami w praktycznie wszystkich grach jakie kojarzę. Ktoś chyba wiedział, że produkcja się nie sprzeda i próbował wycisnąć dodatkowe pieniądze od bardziej naiwnych odbiorców. A teraz wisienka na torcie, czyli cena dodatku. Przy zakupie osobno od głównej części gry wynosi ona 68 zł (zakup w pakiecie jest 10% tańszy). Tutaj zwyczajnie już brak mi słów jak to opisać. Nazwanie tego przekrętem jest najdelikatniejszym określeniem jakiego można użyć.
Podsumowując Goosebumps: Terror in Little Creek, to typowa licencyjna produkcja od GameMill. Niska jakość na każdym kroku zabija jakiekolwiek pozytywne aspekty związane głównie z fabułą i nawiązaniami do twórczości R.L. Stine’a. Jest to tytuł skierowany praktycznie do nikogo. Zbyt dziecinny dla osób, które wychowały się na Gęsiej Skórce i fatalnie zrealizowany, co odstręczy wymagającą młodzież. Zdecydowanie odradzam marnować pieniądze na tę grę.

Grę do recenzji dostaliśmy od agencji PR Renaissance, za co bardzo dziękujemy, ale nie wpływa to na ocenę końcową produktu