Podróż do wnętrza zła
Jak się okazuje, najnowszy tom komiksu nie tylko kontynuuje, ale wręcz rozbudowuje wątki zapoczątkowane w poprzednich częściach, dlatego ich znajomość wydaje się wręcz konieczna, by w pełni docenić wielowarstwową fabułę. Tym razem bohaterowie podejmują desperacką próbę dotarcia do źródła nekrosygnału, gdzie mają powstrzymać nadciągającą apokalipsę czerwonych zombie – wizję przerysowaną, groteskową, ale przez to wyjątkowo sugestywną.
Na szczególną uwagę zasługuje nowy, wyraźnie zarysowany wątek polski. To właśnie w tym tomie pojawia się zaskakujący obraz zmotoryzowanych sił Rzeczypospolitej w akcji, które stają w obliczu bolszewickiego ataku. Polskie oddziały, współpracujące z ukraińskimi kozakami, tworzą futurystyczną koalicję, przy czym projekt ich mobilnych jednostek przypomina coś na pograniczu militarnego science fiction i steampunkowego szaleństwa – poruszają się bowiem w monocyklach rodem z Gwiezdnych Wojen, niczym generał Grievous. To oryginalne, świeże spojrzenie na polski mit wojenny w kontekście komiksu spekulatywnego.
Jednak prawdziwym majstersztykiem absurdu i politycznej alegorii jest pojawienie się samego Lenina – nie jako postaci historycznej, lecz jako monumentalnej, socrealistycznej maszyny zagłady, walczącej… Budynkiem – swoim mauzoleum. To groteskowe, wręcz pastiszowe ujęcie idei, w której Lenin nie tyle powstaje z grobu, co staje się grobowcem samym w sobie – żywym pomnikiem sowieckiego imperializmu.

Estetyka wschodnioeuropejska mieszana
Pod względem estetyki Wola nadal zaskakuje swoją płynną grą stylów – balansując pomiędzy zachodnimi wzorcami superbohaterskimi a lokalnym, bardziej kameralnym podejściem znanym z komiksu środkowo- i wschodnioeuropejskiego. Zmechanizowane postacie przywołują na myśl kadry rodem z Marvela czy DC – pełne dynamiki, przesady i monumentalnej siły. Z kolei zombie, choć także utrzymane w duchu popkultury amerykańskiej, ewidentnie mają symbolizować bezkształtną, masową siłę sowiecką – co wpisuje się w bardzo lokalny, wręcz polski sposób opowiadania o historii przez groteskę. Co ciekawe, ludzkie postacie rysowane są w zupełnie innym duchu – tu znów pojawia się echo stylu frankofońskiego, z nieco bardziej karykaturalnym, ale i melancholijnym podejściem do bohatera. Ten kontrast nie razi – przeciwnie, pozwala budować pewną narracyjną głębię i estetyczne napięcie, które okazuje się jednym z atutów serii. Wszystko to, mimo swojej pozornej niespójności, zgrywa się w zaskakująco harmonijną całość.
Niestety, nie obyło się bez pewnych potknięć fabularnych. Szczególnie kontrowersyjny wydaje się wątek Lwa Trockiego – jego rozwinięcie w tej części momentami przekracza granice nawet tej konwencji absurdu, którą Wola zazwyczaj zgrabnie opanowuje. Trudno też przymknąć oko na fabularne rozwiązania takie jak podbój Księżyca przez Ukraińców w czerwcu 1920 roku czy pojedynek z bolszewickimi małpami – pomysł, który być może miał być satyryczny, ale sprawia wrażenie zbyt przerysowanego, zbyt parodystycznego nawet jak na reguły tego świata przedstawionego. Szczególnie bolesne jest też skopiowanie postaci na wzór Kapitana Ameryki – tyle że w wersji ukraińskiej. Zamiast nowej ikony – otrzymujemy kopię, która nie wnosi wiele do uniwersum i naprawdę jest ostentacyjną kopią.
Mimo to Wola wciąż zachowuje swój magnetyzm. Zapowiedziany, nie wprost, wątek zagrożenia permanentnej rewolucji Lwa Trockiego zapowiada spore emocje i być może powrót do bardziej wyważonego stylu. Chętnie sięgnę po kolejne tomy – choć z cichą nadzieją, że autorzy przemyślą pewne rozwiązania i nieco ostudzą fabularne szaleństwo na rzecz bardziej spójnej narracji.
