Thor, król Asgardu łączy siły z Eddiem Brockiem, Królem w Czerni, aby uratować to, co obaj kochają: Ziemię! Tymczasem Thanos zaginął i uznano go za zmarłego. Jednak Thor miał wizję jego powrotu. I to wystarczy, aby nawet bóg poczuł strach! A kiedy porwana zostaje młodsza siostra Thora – Laussa, Bóg Gromu musi wyruszyć na przerażającą, zmieniającą wszechświat wyprawę!
A kto umarł, ten nie żyje… a może wcale nie?
Fabuła 3. tomu Thora to jeden wielki zlepek pomysłów, który zamiast wielowątkowej epopei oferuje czytelnikowi trudną do przebrnięcia plątaninę motywów, retrospekcji i nagłych przeskoków narracyjnych. Już pierwsze strony zapowiadają kłopoty – Thor i Venom łączą siły, by stawić czoła Darkothowi, demonowi związanym Carnage’em. Brzmi ciekawie, prawda? Niestety, mimo efektownej walki i momentami niezłych dialogów, wątek ten sprawia wrażenie doklejonego, jakby bardziej należał do serii Venoma niż Thora. A dalej? Gromowładny przeskakuje z jednej linii czasu do drugiej i pojawia się retrospekcja z Thanosem oraz Śmiercią – wyjątkowo dobrze napisana i emocjonalna, tylko… nijak niepasująca do reszty.

Potem dostajemy wątek Corvusa Glaive’a, który porywa Laussę, młodszą siostrę Thora (córkę Odyna, Freyji i… Surtura?), a Thor wyrusza za nią do Hel. Obok mamy dziwne sekwencje z Doktorem Doomem, który w bliżej nieokreślonym celu kradnie dusze z Hel i Valhalli, a w tle pobrzmiewa historia dziadka Thora, Bora, i jakiejś jaskini z tajemnicą mającą zmienić losy Asgardu. To wszystko „wybrzmiałoby” o wiele lepiej, gdyby miało strukturę, której niestety nie ma. Fabularny chaos jest tu na porządku dziennym, a kolejne zwroty akcji wyglądają jak efekty burzy mózgów, której nikt nie uporządkował.
Torunn Gronbekk przejmuje stery po odejściu Donny’ego Catesa i niestety nie radzi sobie z ciężarem oczekiwań. Próbuje ambitnie połączyć wcześniejsze wątki i nadać im głębi, ale efekt jest mętny, lore przeciążony i po prostu nieczytelny dla kogokolwiek, kto nie zna na pamięć pięciu serii Marvela z ostatnich lat. Ostatecznie mamy tu niezły start, ciekawy (choć wyrwany z kontekstu) środek z Thanosem i zakończenie, które gubi się we własnym bałaganie. To bardziej zbiór historii niż spójna opowieść – z błyskami potencjału, które giną w nadmiarze postaci, przeszłości, przyszłości i zapowiedzi rzeczy, które może kiedyś nastąpią. Komiks cierpi na brak jasnego kierunku – i niestety fabularnie to widać.
Bifrost jaki jest, każdy widzi
Pod względem graficznym kolejny tom Thora to zbiór pełen kontrastów – zarówno jakościowych, jak i stylistycznych – co niestety jeszcze bardziej uwypukla jego fabularną niespójność. Komiks zaczyna się rysunkami autorstwa Salvadora Larroki’ego. Jego styl, choć technicznie poprawny i pełen detali, wydaje się nieco chłodny i sterylny – trudno doszukać się w nim dynamiki, która byłaby potrzebna do oddania brutalnej energii symbiontów i potężnych starć z Darkothem. Jest poprawnie, ale bez iskry. Na szczęście później do głosu dochodzi Nic Klein i jest to jedno z największych wizualnych atutów tego tomu. Jego prace, zwłaszcza w rozdziałach związanych z Thanosem i retrospekcjami, to małe dzieła sztuki. Klein ma świetne wyczucie skali i kompozycji – potrafi tchnąć boskość w postać Thora, nadając jego sylwetce wagę i majestat. Sceny kosmiczne i emocjonalne momenty z Thanosem wypadają dzięki niemu naprawdę imponująco – jest patos, jest atmosfera, jest rozmach.

Niestety, gdy tylko Klein znika z plansz, poziom spada. Juan Gedeon, który przejmuje pałeczkę od połowy tomu, wypada blado – jego styl jest uproszczony, z ubogimi tłami zastępowanymi płaskimi kolorami, skrótami perspektywicznymi, które bardziej przypominają szybkie szkice niż pełnoprawne kadry. Postacie – zwłaszcza Thanos – wyglądają momentami jak plastikowe figurki, z brakiem naturalnej ekspresji i proporcji. To szczególnie razi, gdy kontrastuje z wcześniejszą wizją Kleina. Dopiero w końcówce Sergio Dávila częściowo ratuje sytuację – jego kreska jest bardziej klasyczna i solidna, co daje chwilę wytchnienia po graficznym chaosie środkowych rozdziałów. Kolorystycznie również mamy chaos – momentami intensywne, kontrastowe barwy pasujące do kosmicznych i mitologicznych scen, a za chwile nijakie, cyfrowe plamy, które odbierają scenom dramatyzm.
Dobrze, czy niedobrze?
Ciąg dalszy przygód Thora to prawdziwa opowieść o dwóch połowach – jednej obiecującej i drugiej niestety frustrującej. Początkowo komiks przyciąga uwagę klimatem grozy, precyzyjnie nakreśloną atmosferą zagłady oraz szczegółową, dynamiczną kreską Kleina. Historia rozwija się jako ciekawy zbiór – od intensywnej dwuczęściowej narracji, przez antologię krótszych opowieści, po intrygujący zalążek nowego wątku. W tej części każdy fan Thora znajdzie coś dla siebie, a komiks wydaje się obiecywać wielką opowieść o dziedzictwie i bogach. Niestety, im dalej w tom, tym bardziej wszystko się rozmywa. Historia zaczyna tonąć w przesadnie skomplikowanych wątkach, dziwnych pomysłach fabularnych i chaotycznym tonie.

Motyw pustych zaświatów, Doktora Dooma manipulującego duszami, czy obecność… mechanicznego Nidhogga – to wszystko składa się na historię, która chce być epicka, ale ostatecznie jest niespójna i przytłaczająca. Nawet potencjalnie ciekawe tematy, jak relacja Thora z Odynem, czy jego droga do roli Ojca Wszechrzeczy zostają zepchnięte na drugi plan przez nadmiar dziwacznych pomysłów i pobocznych wątków. Ostatecznie trzeci tom, pozostawia po sobie poczucie zmarnowanego potencjału. Zamiast pogłębić mitologię Thora, tonie w zbędnym patosie, narracyjnym chaosie i ilustracjach, które – poza pierwszą połową – nie dorównują wcześniejszym standardom serii. Jednak może w kolejnym tomie dostaniemy bardziej spójną i emocjonalnie angażującą historię?