Różne przestrzenie, różne czasy
Komiks Miki kontra Przymierze Złoczyńców to dzieło dwóch europejskich twórców – Francuza Nicolasa Pothiera, specjalisty od humorystycznych i przygodowych opowieści rozgrywających się w najróżniejszych światach, oraz Belga Johana Pileta, który odpowiada za niezwykle żywe i ekspresyjne rysunki. Już sam ten duet zwiastuje połączenie błyskotliwej narracji z atrakcyjną, dynamiczną warstwą wizualną.
Dlaczego ta historia zasługuje na szczególne uznanie? Bo opowiada o jednym z najgroźniejszych przeciwników Mikiego – Fantomenie, który niczym komiksowy Lex Luthor wpada na pomysł stworzenia Przymierza Złoczyńców. A wiadomo: tam, gdzie złoczyńcy jednoczą siły, sojusze bywają nietrwałe, zdrady są na porządku dziennym, a atmosfera gęstnieje od napięcia i intryg.
Akcja rozgrywa się w wizji Myszogrodu przyszłości – odległej o kilka stuleci albo będącej alternatywną wersją dobrze znanego miasta. To futurystyczne tło sprawia, że cała opowieść nabiera świeżości i oryginalności. Strażnikiem porządku pozostaje tu oczywiście Miki, któremu towarzyszy Minnie, a także cała galeria znajomych postaci w nieco nowych odsłonach. Goofy, choć na pierwszy rzut oka ciapowaty, okazuje się dużo bardziej ogarnięty niż w klasycznych historiach. Donald – zamiast wybuchowego choleryka – jawi się jako bohater wygodny, ale nadal pełen charakteru i miejscami nieokrzesany. Nie zabrakło też Pluto, tym razem w wersji robota – wiernego i niezawodnego, choć szkoda, że nie w postaci prawdziwego pieska.
Ogromną wartością komiksu jest również obecność postaci z lat 90. i 2000., które starszym czytelnikom mogą przywołać falę nostalgii. Spotkamy tu zarówno Emila Orła, jak i Kosmitę Elemelego – dawnych wrogów i sprzymierzeńców Mikiego, znanych z czasopisma Kaczor Donald. Dzięki nim lektura przypomina podróż w czasie do „dobrych czasów” dzieciństwa i klasycznych numerów Disneya.

Czy ktoś próbuje sprzedać wersje z lat 60.?
Miejscami komiks Miki kontra Przymierze Złoczyńców przypomina dzieła z lat 50. i 60. XX wieku. Dlaczego? Ponieważ tło i cieniowanie zbudowane są z równych, kolorowych kropek. To charakterystyczna technika znana jako druk rastrowy – w kontekście komiksów często określana mianem kropek Ben-Day. Zamiast płynnych przejść tonalnych, otrzymujemy regularny rytm kropek w różnych kolorach i gęstości. Im gęstsze kropki, tym ciemniejszy odcień.
Ten zabieg natychmiast przywodzi na myśl pop-art lat 60. i 70., szczególnie prace Roya Lichtensteina, które bazowały właśnie na stylistyce komiksowej. Połączenie tej techniki z futurystyczną wizją Myszogrodu sprawia, że całość jawi się jak swoisty hołd dla dawnej szkoły science fiction. Niczym w klasycznych komiksach Marvela czy w DC, gdzie przedstawiano odległe planety, cywilizacje czy wizje przyszłych miast, tutaj również futuryzm nabiera ponadczasowego klimatu.
Warto zwrócić uwagę także na samo wydanie. Komiks został przygotowany w twardej okładce, co zdecydowanie podnosi jego trwałość, a przy tym cena pozostaje stosunkowo przystępna – to duży plus. Jedyne, czego można żałować, to brak charakterystycznego materiałowego grzbietu, obecnego we wcześniejszych tomach. To detal, ale dla kolekcjonerów może być istotny.
Mimo to powrót klasycznych bohaterów – zarówno tych dobrze znanych, jak i tych nieco zapomnianych – stanowi ogromną wartość. Autorzy potrafili sprawić, że nawet rzadko spotykane postacie odgrywają w tej historii ważną rolę. A że fabuła nie jest tak naiwna, jak mogłoby się spodziewać po komiksach Disneya, lektura daje dużo satysfakcji także starszym czytelnikom.
