Swego czasu Egmont wydawał serię Fantasy Komiks, w której pojawiały się najróżniejsze tytuły. Jednym z nich był Samuraj, stworzony przez Jean-François Di Giorgio i Frédérica Genêta. Czy Egmont słusznie postanowił przywrócić do życia tę serię na polski rynek komiksowy?
Trzynasty wróżbita…
Samuraj opowiada o przygodach Takeo, mistrza miecza, który zamierza dostać się na bezimienną wyspę. Towarzyszy mu gapowaty Shiro pełniący funkcję jego kucharza. Niestety nie wychodzi mu to za dobrze. Wręcz można powiedzieć, że bardziej gotuje dla siebie… Co jednak ważniejsze, dość szybko główny wątek, czyli podróż naszego samuraja na wspomnianą wyspę, schodzi na dalszy plan, ponieważ nasi bohaterowie przypadkowo natykają się na grupę Koreańczyków. Takeo im pomaga i w konsekwencji wplątuje się w wielką intrygę, mającą na celu obalenie samego cesarza… Najciekawsze w tym komiksie jest to, że został stworzony przez Francuzów, doskonale czujących „japoński klimat”. Jednocześnie, przynajmniej w pierwszym tomie, niczego nowego nie wnieśli do tego gatunku. Choć pojawia się tutaj kilka interesujących wątków jak wrogowie z tajemniczą przeszłością schowani za maskami czy też legendarny Trzynasty Wróżbita, wprowadzający trochę mistycyzmu i magii do tego świata. Ważnym elementem jest też oczywiście polityka. Jednakże sercem każdej samurajskiej opowieści są bohaterowie. I tutaj główni bohaterowie też nie zawiedli. Co prawda o charyzmatycznym, odważnym Takeo nie wiemy wiele, ale dzięki retrospekcjom dowiadujemy się, że nie jest zwyczajnym, szarym człowiekiem. Jego przeszłość wydaje się wyjątkowo intrygująca. Z kolei Shiro wprowadza dużo humoru do opowieści, zwłaszcza gdy konfrontuje się z zadziorną Kinu, Koreanką, która dołączyła do protagonisty. Natomiast antagoniści po prostu są i niczym się nie wyróżniają. To takie typowe czarne charaktery, z którymi musi zmierzyć się główny bohater.

Bolesny upadek
Najbardziej zaskakujący był dla mnie finał. I to niestety nie jest komplement. Nie zamierzam zdradzać szczegółów, więc – najprościej rzecz ujmując – autor przesadził z wykorzystaniem techniki deus ex machine. Jakby tego było mało, pod koniec przyspieszamy z fabułą do tego stopnia, że w połowie ostatniego zeszytu zastanawiałem się, jakim cudem uda się rozwiązać te wszystkie wątki (wiedziałem, że tom pierwszy tworzy w zasadzie zamkniętą całość). I poznałem odpowiedź: scenarzysta jeszcze zwiększył tempo i zastosował kilka nagłych, ale jednocześnie mało przekonujących zwrotów akcji. A najgorszą rzeczą jest zupełnie niespodziewana i bezsensowna przemiana jednej z postaci. Mimo tego bolesnego finału obcowanie z tym komiksem było całkiem przyjemne. Bawiłem się dobrze, jednak zdaję sobie sprawę, że to raczej średniak na tle innych komiksów samurajskich. Przez to nie wiem, czy będę chciał sięgnąć po drugi tom.

Czy warto podążyć za Takeo?
Sposób wydania zachęca do sięgnięcia po tę pozycję. Nie dość, że dostajemy ładną, twardą okładkę, to do tego duży format, umożliwiający podziwianie kreski Frédérica Genêta. Największe wrażenie zrobiła na mnie rozkładówka ukazująca wielką i spektakularną bitwę. Pojedynki też wyglądają satysfakcjonująco, choćby pierwsze starcie Takeo, podczas którego pokonuje on grupę przeciwników bez dobywania miecza. W teorii to powinien być kolejny argument, aby czekać na drugi tom. Niestety cały czas mam poczucie, że ostatecznie to właśnie fabuła wypada tu najsłabiej. Samuraj jest przyjemnym średniaczkiem, a nie będę was oszukiwał – spodziewałem się czegoś mocniejszego. Mimo wszystko dostrzegam tu spory potencjał. Zatem jeśli lubicie klimaty samurajskie, to warto sięgnąć po pierwszą część i przekonać się na własnej skórze, czy jest sens podążyć za Takeo. Na szczęście jest to zamknięta historia, więc nawet jeśli nie będziecie chcieli wchodzić w tę serię, to chociaż poznacie zakończenie legendy o Trzynastym Wróżbicie.

Komiks do recenzji dostarczyło wydawnictwo Egmont, za co bardzo dziękujemy. Nie wpływa to jednak na ocenę końcową.