Nikt chyba nie spodziewał się, że Disney+ wejdzie akurat w taką kolaborację z frankofońskim komiksem i sięgnie po „Lucky Luke’a” – no ale umówmy się, w końcu to amerykańska firma robi adaptacje komiksu, który opowiada historię USA z przymrużeniem oka. Tymczasem powstał serial, który nie tylko zaskakuje samym faktem istnienia, ale przede wszystkim pokazuje, że z tej klasycznej postaci da się jeszcze wyciągnąć coś świeżego, dojrzałego i jednocześnie bardzo wiernego duchowi oryginału. To adaptacja bardziej realistyczna, chwilami historycznie nierówna, ale za to pełna westernowego klimatu, rodzinnych emocji, trafionych easter eggów i bardzo świadomej zabawy komiksowym dziedzictwem. Jeszcze o ile każdy wiedział, że taki serial powstaje, to nikt nie spodziewał się, że zadebiutuje on tak szybko i to najpierw na streamingu, a nie we francuskiej tradycyjnej telewizji.
Dziki Zachód zamiast starożytności — i całe szczęście
Powiem szczerze: dla mnie już sam wybór materiału źródłowego jest ogromnym plusem. Mam pewien przesyt francuskojęzycznych adaptacji komiksów, które znowu i znowu krążą wokół Asteriksa i Obeliksa. Oczywiście to są marki ogromne i kultowe, ale ja sam nie przepadam specjalnie za starożytnością, więc ich świat nigdy nie był mi aż tak bliski. Znacznie bardziej przemawia do mnie to, że twórcy frankofońscy — i warto to podkreślić, nie tylko „francuscy” w prostym narodowym sensie, ale szerzej francuskojęzyczni — podjęli temat Dzikiego Zachodu ze swojej własnej perspektywy.
I to jest właśnie coś, co od lat mnie w Lucky Luke’u przyciągało bardziej niż w innych wielkich frankofońskich seriach. Z jednej strony ten świat bywa bardziej kameralny, bo nie opiera się aż tak często na widowiskowym objeżdżaniu całego świata, jak bywało u Asteriksa i Obeliksa. Z drugiej jednak strony, gdy już „Lucky Luke” wychodzi poza punkt wyjścia, to robi to w sposób naprawdę znaczący — pokazując nie tylko przygodę, ale też jakąś część historii Stanów Zjednoczonych, ich mitologii i budowania się pogranicza. I właśnie ten rys serial bardzo dobrze rozumie.
To nie jest kolejna produkcja, która traktuje western tylko jako kostium. Tutaj czuć, że amerykańsko-meksykańskie pogranicze, południowy zachód USA i cała ta przestrzeń stanowią faktyczny trzon opowieści. Bardzo podobało mi się to, że twórcy mocno eksplorują właśnie zachodnie południe Stanów Zjednoczonych, bo to przecież tam rodził się ten najważniejszy mit Dzikiego Zachodu. Co ważne, serial nie zatrzymuje się na ogólnikach, tylko daje nam też konkretne osadzenie akcji, choćby w Nowym Meksyku, dzięki czemu ten świat nabiera ciężaru i przestaje być anonimową westernową dekoracją.
Dodatkowo świetnie działa obecność hiszpańskiego, który jest przecież nieodłącznym elementem realiów pogranicza amerykańsko-meksykańskiego. To kolejny detal, który pokazuje, że twórcy nie chcieli opowiadać o Dzikim Zachodzie w sposób wygładzony, uniwersalny i oderwany od realiów, tylko starali się uchwycić jego lokalny koloryt. Cieszy mnie też, że serial nie boi się mocniejszego języka, w tym wulgaryzmów, bo dzięki temu ta wersja Lucky Luke’a nie brzmi jak wygładzona wydmuszka dla każdego, tylko jak świat bardziej żywy, ostrzejszy i wiarygodniejszy.

Materiały promocyjne Disney+
Dojrzały Lucky Luke, świetna Louise i mnóstwo smaczków dla fanów
Jedną z najlepszych decyzji twórców było to, że nie dostajemy tutaj Lucky Luke’a jako nieskazitelnej figury z plakatu, tylko bohatera starszego, dojrzalszego, naznaczonego przeżyciami, lekko zdziwaczałego, a przy tym wyraźnie niosącego ze sobą różne traumy. To bardzo ciekawy kierunek, bo pozwala wyjść poza prostą opowieść o „samotnym kowboju szybszym od własnego cienia” i zbudować postać z prawdziwego zdarzenia.
Najciekawsze w tym wszystkim jest jednak to, że ten Luke musi tak naprawdę odkryć na nowo rodzinę i życie rodzinne. Dzięki temu serial nabiera nie tylko przygodowego czy westernowego wymiaru, ale też emocjonalnej głębi. To już nie jest tylko historia o rewolwerowcu i kolejnej grupie bandytów do pokonania, lecz także opowieść o odpowiedzialności, dojrzewaniu do relacji i o tym, że nawet legenda może mieć swoje pęknięcia.
Bardzo dobrze działa również młoda bohaterka, czyli Louise. I to właśnie ona jest jedną z największych sił tej produkcji. To postać zbuntowana, wchodząca w dorosłość, stawiająca na swoim, popełniająca przy tym błędy, ale jednocześnie pokazująca rodzaj dojrzałości, który dobrze współgra z realiami XIX wieku i epoki podboju Stanów Zjednoczonych. Nie jest napisana jako współczesna kalkomania „silnej dziewczyny”, tylko jako bohaterka, która ma własny charakter, własne racje i własne potknięcia. Dzięki temu ogląda się ją naprawdę dobrze.
Bardzo podoba mi się też to, że w tej postaci czuć jednocześnie młodość, bunt i moment przejścia — taki stan pomiędzy dzieciństwem a dorosłością. To sprawia, że jej relacja z Lucky Luke’iem działa nie tylko fabularnie, ale też symbolicznie: spotyka się doświadczenie z impulsem, samotność z potrzebą wspólnoty, legenda z czymś bardziej ludzkim i przyziemnym.
Na ogromny plus zapisuję również sam sposób adaptowania materiału. Jedną z najciekawszych rzeczy jest to, że niemal każdy odcinek bazuje na osobnym komiksie z tą postacią. To naprawdę świetna forma przenoszenia tej serii na ekran, bo z jednej strony daje poczucie różnorodności, a z drugiej pozwala zachować ducha oryginału. Nie oglądamy więc jednej rozwleczonej historii udającej serial premium, ale konstrukcję, która przypomina, skąd „Lucky Luke” w ogóle wyrósł.
I właśnie dlatego tak dobrze działają wszystkie easter eggi oraz smaczki skierowane do fanów. Bardzo ucieszyło mnie nawiązanie do faktu, że Lucky Luke nie pali papierosów. To drobiazg, ale przecież bardzo ważny dla historii tej postaci. Jeszcze lepiej wypada to, że serial nie pokazuje tego jak suchego faktu, tylko robi z tego żart, kiedy młoda osoba wyśmiewa ten zwyczaj pytaniem w rodzaju: „kto to będzie żuł trawę?”. To jest naprawdę genialnie trafione, bo jednocześnie działa jako dowcip i jako świadome odwołanie do jednego z najbardziej rozpoznawalnych zabiegów w historii komiksu.
Podobnie świetnie wypada tekst Lucky Luke’a o tym, do kogo ma gadać, do swojego konia, co oczywiście od razu odsyła do Jolly Jumpera, który w komiksach nie był zwykłym koniem, tylko postacią komentującą wydarzenia, często ironiczną, inteligentną i właściwie współtworzącą humor tej serii. Tego typu odwołania nie są tu wrzucone na siłę, tylko wynikają z tego, że twórcy naprawdę wiedzą, z czym pracują.
Kiedy już zacząłem myśleć, że może serial nie pokaże wszystkich tych najbardziej ikonicznych postaci, bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie to, że oczywiście nie zabrakło Daltonów, Billy the Kida i Calamity Jane. A kiedy wydawało się, że to już komplet najważniejszych figur z uniwersum, nagle pojawia się jeszcze pies Bzik, czyli Rantanplan, który zgodnie z tradycją pozostaje psem kompletnie bez piątej klepki. I to jest właśnie ten moment, w którym czuć, że choć całość została osadzona w bardziej realistycznym kontekście, twórcy jednak nie zapomnieli o komiksowym DNA tej marki.

Materiały promocyjne Disney+
Realizm, historyczne zgrzyty i współczesne aluzje
Warto jednak uczciwie powiedzieć, że serial nie jest bez wad. Są tutaj detale historyczne, które się nie spinają. Jako przykład można podać chociażby pojawienie się kościoła katolickiego w jednym z odcinków w takiej formie, która budzi wątpliwości. Zresztą podobnych momentów jest więcej i ktoś, kto siedzi mocniej w realiach XIX wieku, pewnie odnotuje je bez trudu.
Ale paradoksalnie nie odbiera mi to przyjemności z oglądania. Dlaczego? Bo mam wrażenie, że twórcy mimo wszystko naprawdę się starali, żeby tę historię dopasować do realistycznego kontekstu na tyle dobrze, by przeciętny widz, taki codzienny zjadacz historii, a nie ktoś wykwalifikowany czy specjalistyczny, nie wyłapywał tych błędów od razu. I trzeba przyznać, że to im się w dużej mierze udało. Ogląda się ten serial jak świat spójny, nawet jeśli z perspektywy bardziej historycznej nie wszystko stoi idealnie na swoim miejscu.
Podobnie jest z różnymi aluzjami do współczesności. Mamy tu dziwne metafory polityczne, które wyraźnie odbijają dzisiejsze spory i wyobrażenia, choć są wrzucone w westernowy kostium. Pojawia się motyw pieczenia indyka jako elementu amerykańskości, pojawia się także temat muru, a właściwie kontynuacji pewnej koncepcji murowej. I jasne — można zauważyć, że tego typu pomysły są historycznie dyskusyjne czy wręcz anachroniczne, bo sama idea muru w takim politycznym sensie kojarzy się raczej z dużo późniejszymi realiami. Ale znów: to są elementy bardziej znaczące jako komentarz, żart lub aluzja niż jako dosłowna rekonstrukcja epoki.
Dobrze wypadają również dowcipy odwołujące się do folkloru meksykańskiego, bo one świetnie współgrają z miejscem akcji i z całym klimatem pogranicza. Dzięki temu humor w serialu nie jest przypadkowy ani mechaniczny, tylko wypływa z tego świata. I właśnie tu widać jedną z największych zalet produkcji: kiedy chce być zabawna, potrafi być naprawdę zabawna; kiedy chce być emocjonalna, nie zamienia się przy tym w tani melodramat.
To zresztą chyba najlepiej podsumowuje cały odbiór serialu. Dowcip jest na wysokim poziomie wtedy, kiedy trzeba, a wtedy, kiedy nie, serial naprawdę łapie za serce. Taka równowaga nie jest łatwa do osiągnięcia, zwłaszcza gdy pracuje się na materiale tak mocno zakorzenionym w humorze, parodii i komiksowej umowności. Tym bardziej doceniam, że twórcy nie poszli ani w pełne wygłupienie, ani w przesadną „poważność dla powagi”.

Mniej szalonej swady, więcej spójności
Najważniejsze chyba jest to, że mamy do czynienia z produkcją mocno osadzoną w realistycznym kontekście, co od razu odróżnia ją od wcześniejszych adaptacji komiksowych. I tak — można powiedzieć, że brakuje tej swady, tego pełnego humoru i surrealistycznego absurdu, które były znakiem rozpoznawczym dawnych wersji Lucky Luke’a. Tego trochę szkoda, bo to przecież element bardzo charakterystyczny dla tej serii.
Ale z drugiej strony ten bardziej realistyczny kierunek naprawdę się spina. W pewnym sensie działa to podobnie jak w tych komiksowych adaptacjach, które rezygnują z najbardziej przerysowanych elementów na rzecz większej psychologii, ciężaru i wewnętrznej logiki świata. I ja to kupuję. Naprawdę kupuję. Bo dzięki temu Lucky Luke nie jest tylko nostalgicznym obrazkiem z dawnych lat, lecz serialem, który ma własny ton i potrafi obronić się jako samodzielna opowieść.
To wszystko sprawia, że oglądałem ten serial z prawdziwą przyjemnością. Wciągał mnie na długie godziny, a co najlepsze — zainteresował nawet mojego psa, który wyjątkowo mocno zafascynował się wszystkimi zwierzęcymi postaciami. I w sumie trudno się dziwić, bo obecność zwierząt, ich sposób pokazania oraz różne nawiązania do komiksowej tradycji są tutaj jednymi z najbardziej wdzięcznych elementów całości.
Ostatecznie więc nawet jeśli można powiedzieć, że historia została w pewien sposób wypaczona realistycznie, to nie zmienia to faktu, że twórcy wykonali naprawdę solidną robotę. Wiedzieli, co chcą zachować z komiksu, co chcą uwspółcześnić, a co chcą osadzić mocniej w emocji, dramaturgii i familijnym wymiarze opowieści. I właśnie dlatego uważam, że jest to jedna z lepszych historii związanych z tą marką od bardzo dawna.
To serial, który łączy w sobie dramatyzm, romantyzm, westernowość i kino familijne, a przy tym nie traci całkowicie kontaktu z humorem i z komiksowym rodowodem bohatera. Takie połączenie mogło się kompletnie rozjechać, ale tutaj działa zaskakująco dobrze.
Serial obejrzeć możecie na platformie Disney+.