Batman i Superman to Ying i Yang historii DC, dlatego tak bardzo dobrze czyta się ich historie. Co prawda, warto zauważyć, że obecna seria Marka Waida cieszy się jeszcze większym powodzeniem, gdyż stare przygody tych dwóch ikon lekko trąciły myszką.
So far so good…
Obecny tytuł to zdecydowana poprawa względem poprzedniej części. Dość popularne jest stwierdzenie, że Mark Waid to artysta „retro” lub „old school”, ale cóż… świetnie łączy klasykę z nowością. Zamiłowanie do tradycji objawia się w stylu fabularnym, autorpotrafi opowiadać historie w szybkim tempie i rozwinąć cały wątek historii w zaledwie kilku numerach, a dzisiaj zazwyczaj inni komiksowcy potrzebują do tego monumentalnych dzieł. W tej historii dostajemy świetnie skonstruowany, zamknięty wątek, co jest charakterystyczne dla jego pisarstwa. Dodatkowo stawia na proste żarty, ale mimo to zdarzają mu się potknięcia.
W kwestii warstwy fabularnej, mamy tutaj zeszyty #6-11. Ten pierwszy z nich, a tym samym początek drugiego tomu, który koncentruje się na domknięciu wątku Robina umiejętnie kończy pewne kwestie, które wcześniej zostały już trochę klarowniej zarysowane w Planecie Łazarza. Widać, jednak, że pod koniec twórcy łapią zadyszkę i chcą jak najszybciej skończyć historię.
W numerach #7-11 historia staje się bardziej interesująca, szczególnie za sprawą wprowadzenia Davida Sikeli, młodego przybysza z innego wszechświata. Mamy pewną paralelę do genezy Ostatniego Syna Kryptonu, ale z bardziej mrocznym nachyleniem. I może nietypowo, ale zaczniemy, od niedoróbek oraz tego, czego dotyczągłównie u Waida. Główną wadą jest przedstawienie niektórych postaci, a zwłaszcza Supermana i miejscami brak znalezienia balansu między tym co stare i nowe. Ciężko współczesnemu czytelnikowi uwierzyć, że Kent postąpiłby jak postępuje w komiksie, gdy nastąpiłoby tak absurdalne zagrożenie dla dziecka. Chłopiec z wielką traumą, które posiada nieokiełznane, zabójcze moce … A już po dwóch dniach jest w kostiumie, gotowe stawić czoła ogromnym zagrożeniom. Kal-El nie zostawiłby tego w taki sposób, w jaki mamy to zaprezentowane w komiksie. A potem jakby nigdy nic dołącza do Nastoletnich Tytanów.

Niby zachwyt, ale niesmak pozostaje…
Zanim przejdę do podsumowania, w którym znów trochę ponarzekam, głównie na fabułę, chciałbym wspomnieć jednak o warstwie graficznej. Obrazki Mory są idealne, jeśli chodzi o zachowanie klasycznego stylu, prace Travisa Moore’a w pierwszym zebranym zeszycie również były bardzo dobre (jest jedna plansza, na której oczy Supermana wydają się być jak po dobrym zażyciu oxicovidu i miejscami, zdarzają się potknięcia w grymasie twarzy, ale to chyba wszystko). Nakładane kolory Tamry Bonvillain to zawsze strzał w dziesiątkę, gdyż nadają głębi i wyrazistości postaciom.
David – czyli wspomniany chłopiec, nie otrzymuje sprawiedliwego traktowania w tym tytule, co sprawia, że w czytelniku może budzić się bunt, zwłaszcza, gdy jego wątek współgra z Supermanem, a nie Batmanem. Może Waid nie miał wystarczająco dużo miejsca, by uniknąć wrażenia, że historia jest zbyt pośpieszna i może pozostawić niesmak. Relacja między Supermanem a Davidem nie do końca jest poprawna, a nie jest nawet kontrastowana z Mrocznym Rycerzem, by pokazać jak on sobie poradzi z wychowywaniem partnera.
Brak podwójnej narracji bohaterów, typowej dla innych tytułów DC, jest widoczny tutaj i nawet absencja konfliktów, który jest nieodłączną częścią życia, sprawia, że mimo ciekawego pomysłu otrzymujemy pewną miałkość.
