W serii DC Black Label można trafić na wiele oryginalnych, zaskakujących komiksów. Czy historia o przygodach Batmana rozgrywająca się w roku 1939 od Dana Jurgensa okaże się kolejną perełką w tej linii wydawniczej?
Początki działalności Bat-Mana
Komiksy superbohaterskie trochę mi się już znudziły. W pewnym momencie, a konkretnie po lekturze Joker. Polowanie miałem dość powtarzających się schematów. I kompletnie odszedłem od głównego nurtu, poświęcając swoją uwagę przede wszystkim elseworld’om, ponieważ historie niekanoniczne nie raz mnie zaskoczyły. Co najważniejsze, twórcy nie muszą się w nich ograniczać, a każda postać, nawet Batman, może zginąć (np. taka sytuacja ma miejsce na samy początku komiksu Catwoman. Samotne Miasto). Chociaż ostatni komiks z tego imprintu, czyli Batman. Pełnia mnie rozczarował, to bez zawahania się sięgnąłem po najnowszy DC Black Label. Tym bardziej dałem szansę Bat-Manowi. Pierwszemu rycerzowi, bo zaintrygowała mnie wizja umieszczenia Batmana w okresie międzywojnia. Mało tego, to swoisty powrót do korzeni. Batman wygląda tutaj jak w pierwszych komiksach autorstwa Boba Kane’a (śmiesznie prezentują się fioletowe rękawice). Co mogło tu zatem nie wyjść? No niestety, całkiem sporo, począwszy od fabuły. Myślałem, że Dan Jurgens postawi przede wszystkim na bandziorów z pepeszami, a tymczasem dostaliśmy „spektakularną” historię niczym nieróżniącą się od nudnych, udziwnionych współczesnych opowieści o Batmanie. Otóż w Gotham, pojawia się nowy gracz, który chce przejąć kontrolę nad miastem (ile razy to już przerabialiśmy? Bo ja nie jestem w stanie zliczyć) w tym celu wysyła swoich pomagierów, aby zamordowały najważniejsze osoby w mieście. I może nawet ta opowieść by się wybroniła, gdyby nie to, że te sługusy, a raczej potwory to „ludzie, którzy jakiś czas temu zginęli” (nie jest to spojler, bo w opisie komiksu, też została podana ta informacja). I niestety ten wydumany pomysł zabija według mnie klimat i całą tę opowieść. Po prostu nie rozumiem, czemu Jurgens postawił na taki koncept, gdy mógł zrobić naprawdę klimatyczny komiks. A pomysł z tymi pomagierami powracającymi zza grobu prędzej by się sprawdził we współczesnych komiksach batmanowych.

Mroki międzywojennego Gotham
Oczywiście jak to prawie zawsze jest w komiksach gackowych, pojawia się tu też Gordon. I relacja Batmana z komisarzem wypada całkiem dobrze, choć to po prostu kolejna wariacja na temat początków ich współpracy (lepiej wyszło to w Batman. Rok pierwszy Franka Millera).
Dodano też według mnie kilka niewykorzystanych, a może wręcz zbędnych wątków. Choćby postać rabina została wpleciona, tylko po to, by poświęcić kilka stron nad rozwodzeniem się nad losem Żydów w nazistowskich Niemczech. Również nie przekonało mnie wprowadzenie pewnej aktoreczki, w celu wrzucenia wątku romansowego. Dodajmy do tego głupotki pokroju nie zamykania przez Bruce’a Wayne drzwi do swojej rezydencji, aby każdy ot tak mógł tam wejść. I to oczywiście w momencie, gdy przebiera się w strój Batmana. Mógłbym się jeszcze rozwodzić nad niedoskonałościami tego tytułu, ale lepiej zamiast tego skwitować, że według mnie Dan Jurgens zaprzepaścił cały potencjał, jaki był w pomyśle wyjściowym.

Czy warto było się cofnąć do 1939 roku?
Warto sięgnąć po ten komiks jedynie ze względu na fenomenalną oprawę graficzną. Mike Perkins odwalił kawał świetnej roboty, którą można docenić zwłaszcza, gdy spojrzy się na jego całostronicowe grafiki. Na przykład scena, gdy Batman spada i przebija się przez szybę wygląda obłędnie. Poza tym, to głównie zasługa Perkinsa, że można w tym komiksie wyczuć klimat lat trzydziestych XX wieku (stroje, samochody, architektura). Dodajmy do tego ponure Gotham, wyglądające w wykonaniu tego artysty jeszcze mroczniej! Jak tylko dorwałem ten komiks i go przekartkowałem, to miałem poczucie, że może to być genialna historia. Niestety okazało się, że przepiękne ilustracje Perkinsa mnie zwiodły, bo fabularne pomysły Jurgensa okazały się niewypałami. I ze względu na ten artystyczny sznyt, chciałbym zachować ten album, ale szkoda mi marnować na niego miejsce.

PS: W tym komiksie pojawiła się też ciekawa i niezrozumiała dla mnie scena, gdy burmistrz rozmawia przez telefon w swoim gabinecie, a do jego rezydencji pukają goście. Wtedy oddelegowuje swojego lokaja, a słysząc hałas, odkłada słuchawkę i wychodzi do holu. Okazuje się, że wpadli właśnie zabójcy. Burmistrz, uciekając krzyczy do Gordona, z którym wcześniej rozmawiał, aby wezwał posiłki i jednocześnie niejako zupełnie przypadkiem sugeruje, że to Bat-Man go zaatakował. Co z tego wynika? Po pierwsze nie wiem jakim cudem, ale Gordon doskonale słyszy burmistrza. A po drugie wątek przypadkowego zrzucenia winy na Bat-Mana jest kompletnie niewykorzystany. Nie wiem po co scenarzysta dodał tę rozmowę, bo według mnie nie ma ona żadnego sensu.
Komiks do recenzji dostarczyło wydawnictwo Egmont, za co bardzo dziękujemy, ale nie wpływa to na ocenę końcową produktu.