Niekontrolowana wściekłość Hulka osiągnęła nowy poziom – i nikt, łącznie z Avengersami, nie jest przygotowany, aby sobie z nią poradzić. Ziemia staje się zbyt mała dla naszego zielonego wielkoluda, więc ten zaczyna patrzeć ku gwiazdom. Pytanie, czy kosmos gotowy jest na Miazgonautę?
O tym jak Hulk został astronautą
Pozostawiając śmierć i zniszczenie za sobą w El Paso, psychika Bruce’a Bannera rozpadła się na trzy części, a ciało Hulka zostało przekształcone w statek kosmiczny… tak, nie żartuję. Nasz zielony wielkolud stał się czymś w rodzaju megazorda z Power Rangers, którego od środka kontroluje Bruce – niczym kapitan na mostku. A gdzie trzeci element? To też Hulk, tylko nie chodzi tu o ciało, a jego psychikę, która została uwięziona w maszynowni, gdzie wystawiana jest do walki z niekończącymi się hordami wrogów. Po co? Wspomniany statek działa na paliwie gniewu, a ponieważ potrzebuje więcej mocy, Banner poddaje mentalną wersję Hulka ciągle zmieniającemu się poziomowi stresu. Gdy Avengers go ścigają, bohater ucieka w kosmos, aby nigdy nie powrócić na Ziemię.

Być może założenie brzmi abstrakcyjnie, ale tych dwóch już od lat mogliśmy zobaczyć jako oddzielne postacie rozmawiające ze sobą, więc recenzowany komiks jest tylko sposobem na przeformułowanie tego pomysłu. Jednak nowy status quo Hulka natychmiast odróżnia serię Donny’ego Catesa i Ryana Ottleya od wszystkiego, co było wcześniej. Chociaż zielony wielkolud od dawna był uważany za postać pokroju Doktora Jekylla i Pana Hyde’a, ta interpretacja całkowicie wywraca tę ideę do góry nogami i zamiast tego przedstawia potwora, który łączy w sobie najlepsze cechy obu. To z kolei pozbawia całość elementów horroru, które towarzyszyły wcześniejszej serii, czyli Nieśmiertelnemu Hulkowi, ale przekształca tytuł w opowieść science fiction, która nigdy nie skąpi świetnych sekwencji akcji.
Fani nie powinni być zawiedzeni, bo mamy tu Hulka rozwalającego jak szalony wszystko na swojej drodze przez większość czasu – Cates mistrzowsko wykorzystuje motyw wściekłości gł. bohatera, aby uzyskać więcej „paliwa” od Miazgonauty, gdy ten napotyka większe i bardziej niebezpieczne zagrożenia. Ale żeby nie było, w nowym komiksie dzieje się coś jeszcze. Dalsza część historii skupia się m.in. na przeszłości Bruce’a i jego traumach z dzieciństwa. Pozwala to na lepsze zrozumienie motywacji postaci i dodaje całości więcej głębi. A i tak opowiadam tylko połowę komiksu, by nie zepsuć wam zabawy!
Zielono-czerwona, niczym nieskrępowana, rozwałka
Nie da się jednak ukryć, że scenarzyści nie tracą czasu na wyjaśnianie czytelnikowi, jak wszystko działa. Dzięki temu czytelnik może cieszyć się niczym nieskrępowaną rozwałką, do której idealnie pasuje styl graficzny Ottleya (nie tylko odpowiada za fabułę, ale również, a może przede wszystkim, za rysunki). Chociaż artysta ten jest prawdopodobnie najbardziej znany z serii Invincible (dostępnej u nas również dzięki wydawnictwu Egmont), to moim zdaniem stworzony został do pracy przy Hulku – jego szczegółowej, ale również chaotycznej rzezi, Ottley nadaje Hulkowi groteskowo krwawy i bombastyczny styl, który sprawia, że czytelnik „czuje” każdy cios czy uderzenie.

Dzięki temu co autorzy próbują opowiedzieć, nie brakuje scen akcji, w których płynnie przechodzimy z bitew z udziałem statku Hulka w alternatywnym wszechświecie, do niezwykle krwawych walk podświadomości Zielonego Olbrzyma, który musi rozprawić się z hordami bohaterów zombie, różnymi bogami i największymi złoczyńcami Marvela. Wszystko to sprawia, że każdy fan komiksów będzie podekscytowany każdą kolejną stroną owego tomu. Jestem nawet trochę w szoku, że tak krwawe ilustracje nie zostały chociaż trochę ocenzurowane, ale na szczęście tak się nie stało!
A co jeśli Hulk istnieje, aby chronić ludzkość przed Bannerem?
Chociaż Hulk autorstwa Donny’ego Catesa i Ryana Ottleya naprawdę mi się to podobał, to jestem w stanie zrozumieć, że osoby, które zaczytywały się w poprzedniej serii, mogą poczuć się zawiedzione. Nowi autorzy porzucili praktycznie wszystko, co wydarzyło się w Nieśmiertelnym Hulku. Al Ewig poprowadził swoją historię w kierunku horroru, utrzymując do samego końca wysoki poziom. Cates jednak kieruje swoją historię w dziwną stronę science-fiction, która mimo to jest równie świeża i angażująca.

Dzięki temu z jednej strony dostajemy Hulka, który robi to, co robi najlepiej – powoduje całkowite zniszczenie. Hulk rozwalający wszystko w zasięgu wzroku rzadko wyglądał tak dobrze, a strona graficzna jest tutaj na naprawdę wysokim poziomie. Z drugiej strony to jednocześnie historia z pewną głębią emocjonalną i rozwojem postaci. Autorzy bowiem nie boją się pokazać nam prawdziwych emocji i cięższych tematów — jak manifestacja Betty Ross porównująca traktowanie Hulka przez Bruce’a do traktowania dzieci przechodzących traumę. Nie wspominając już o intrygującym wątku pobocznym, dotyczącym tajemniczej istoty, która wprawiła Bruce’a/Hulka w morderczy szał w El Paso przed dniami „statku Hulk”. Jeśli dodamy do tego mnóstwo zwrotów akcji oraz wspaniałą grafikę, nie mogę nie polecić tego tomu, każdemu, kto szuka zabawnego, ekscytującego komiksu o Hulku, który miażdży i unicestwia wszystko i każdego na swojej drodze!