From Software zawojowało świat tworząc Dark Soulsy, a potem kolejne tytuły, które umocniły ich pozycje na rynku gier komputerowych i konsolowych. Czy Królestwo posępnych cieni, komiks bazujący na tym znanym IP, jest jedynie skokiem na kasę, czy może jest w stanie pogłębić naszą wiedzę o świecie gry?
Lochy kielicha
Jestem fanem gier od From Software. Gdy tylko zagrałem w Dark Soulsy od razu się zakochałem w tego typu pozycjach. Jednakże miałem jeden, spory problem. Mianowicie, w każdej kolejnej grze z gatunku soulslike zaczęło mnie męczyć i nużyć prowadzenie enigmatycznej, szczątkowej fabuły. Nie miałem ochoty badać każdego zakątka świata, krążyć z zachodu na wschód, aby szukać jakiegoś NPC, a tym bardziej nie miałem żadnej przyjemności z czytania opisów przedmiotów itd. Tym samym lore, fabuła się dla mnie nie liczyły w tych grach, tylko sam gameplay. Z tego powodu zdecydowałem się sięgnąć po komiksy. Bloodborne miał niesamowity klimat, ale szczerze nie mam pojęcia, o co w tym wszystkim chodziło. Wiem tylko, ile frajdy miałem podczas walki z niektórymi bossami. Ale dlaczego walczyłem z Gehrmanem? – nie miało dla mnie znaczenia i w sumie sensu. Trochę się łudziłem, że gra planszowa da mi namiastkę historii, ale tam też mechanika była ważniejsza. Choć sama opowieść była trochę klarowniejsza i przystępniejsza, ale średnio ciekawa. Przed Królestwem posępnych cieni przerobiłem jeszcze pierwszy tom komiksu bazującego na grze od From Software, napisany przez Alesa Kota. I znów się zawiodłem, bo fabuła była prowadzona podobnie jak w grze, czyli w sumie nie wyniosłem dużo z opowieści, poza tym, że popatrzyłem na efektowne starcia z bestiami. Jak zatem wygląda tom czwarty tym razem stworzony przez Cullena Bunna?

Mroczny świat Bloodborne’a
O dziwo, w tej opowieści historia jest prosta. Nie ma niepotrzebnych wstawek ani trudnych, a wręcz momentami bezsensownych dialogów (jak te z Gehrmanem w pierwszym tomie). Nawet, pomimo że grałem w Bloodborna, to nadal fabuła w tomie pierwszym nie bardzo mi się kleiła. Natomiast w Królestwie posępnych cieni jest o wiele lepiej. Nie dodajemy zbędnych elementów ze świata Bloodborne’a, skupiamy się na samym sednie, czyli zmaganiach łowców z bestiami. W tym wypadku Gretchen i Abraham zapuszczają się do Lochów Kielicha, aby odszukać swojego towarzysza. I poza efektownymi walkami trafiło się kilka ciekawych, choć spodziewanych zwrotów akcji, garść retrospekcji, które dorzuciły dodatkowy aspekt do charakteru naszych mało skomplikowanych i jednowymiarowych łowców. Jednakże nadal Królestwo posępnych cieni jest prostym komiksem wypełnionym przede wszystkim akcją oraz mrocznym klimatem. I mi to wystarczyło, aby się naprawdę dobrze bawić w czasie lektury tej części. Zaryzykowałbym tezę, że nawet osoba nieznająca tego uniwersum mogłaby czerpać pełnię przyjemności z lektury tego tomu. Choć nadal w moim odczuciu są to komiksy skierowane głównie do fanów tego uniwersum, a szczególnie taki tom pierwszy do graczy, którzy zjedli zęby na poznawaniu wszystkich niuansów tego świata.

Nieludzka rzeź
Mocną stroną tego komiksu jest oprawa graficzna, za którą odpowiada Piotr Kowalski. Bardzo podoba mi się jego kreska, która wybrzmiewa zwłaszcza w architekturze (pod tym względem wygrywa tom pierwszy z kilkoma genialnymi całostronicowymi scenami przedstawiającymi Yharnam). Na końcu tomu zamieszczono galerię okładek i co najważniejsze szkice Kowalskiego. Pierwszy raz odkąd czytam komiksy, dostrzegłem gigantyczną różnicę między czarno-białym kadrem a identyczną sceną w kolorze. I to, o dziwo, na korzyść tej pierwszej! Barwy przyćmiewają genialną kreskę Piotra. Ten komiks byłby jeszcze mroczniejszy, piękniejszy i bardziej klimatyczny, gdyby nie pokolorował go Brad Simpson. Szok. Żałuję, że na końcu zamieszczono raptem cztery szkice. I tu mamy paradoks w ocenie, bo bazując na tej małej próbce, stawiam śmiałą tezę, że gdyby Królestwo posępnych cieni było czarno-białe to dostałoby ode mnie dziewiątkę za oprawę graficzną, a tak jest tylko siódemka.

Czy warto z konsoli przerzucić się na komiks?
Lektura komiksu bazującego na jednej z moich ulubionych gier była fascynującym doświadczeniem. Już przy pierwszym tomie z lubością przypominałem sobie moje zmagania z bossami, z którymi przyszło się mierzyć bohaterom komiksów. I tak też jest z Królestwem posępnych cieni. Mnóstwo tu przeciwników, których pamiętam z gry, zarówno konsolowej, jak i planszowej. I to jest najmocniejszy element tej pozycji. Można na nowo przeżyć jakiś epizod z Bloodborna, tylko patrząc na niego z innej perspektywy. No i w przypadku tego tomu, mamy też zalążek sensownej i przystępnej fabuły. Nie ma tu nic skomplikowanego – od początku do końca wiadomo, o co w tym wszystkim chodzi. I tak jak Kotowi nie jestem w stanie zaufać, tak po inny komiks Bunna chętnie sięgnę, bo wiem, że czuje on klimat Bloodborne’a, ale jednocześnie wie, że przenosi go do innego medium. Co oznacza, że nie musi wcale przerzucać wszystkich elementów mechanicznych i fabularnych z pierwowzoru.
Komiks do recenzji dostarczyło wydawnictwo Egmont, za co bardzo dziękujemy, ale nie wpływa to na ocenę końcową produktu.