Stwórzmy sobie boga
Aby utrzymać zainteresowanie czytelników, Marvel co jakiś czas organizuje większe eventy, w których spotykają się liczni bohaterowie — jedni walczą ramię w ramię, inni stają naprzeciw siebie, a stawką zazwyczaj jest los całego świata. Tym razem dostajemy jednak coś w rodzaju „dwa w jednym”. Sądny dzień rozpoczyna się od konfliktu Przedwiecznych z mutantami, których ci pierwsi uznają za abominację i postanawiają wyeliminować. Pomiędzy zwaśnionymi stronami stają Avengers, próbujący załagodzić sytuację i zapobiec otwartej wojnie.
Sytuacja szybko jednak wymyka się spod kontroli. Pomysł stworzenia nowego boga, zwanego Protoplastą, który miałby rozwiązać konflikt, okazuje się katastrofalny w skutkach. Zamiast przynieść pokój, postanawia on osądzić wszystkich mieszkańców Ziemi — a następnie doprowadzić do jej zagłady. W obliczu takiego zagrożenia Przedwieczni, X-Men i Avengers muszą odłożyć na bok dzielące ich różnice i połączyć siły, by spróbować uratować ludzkość.

Pomału i do przodu
Autorem scenariusza do Sądnego Dnia jest dwukrotnie nominowany do Nagrody Eisnera Brytyjczyk Kieron Gillen. Dał nam on naprawdę ciekawą historię, która jednak nie ustrzegła się kilku problemów — choć część z nich nie wynika bezpośrednio z jego winy.
Zacznę od minusów. Największym z nich są dla mnie Przedwieczni. I to jest właśnie kwestia, za którą trudno obarczać autora. Ta grupa bohaterów jest w Polsce po prostu mało znana. Wiele osób usłyszało o niej dopiero przy okazji filmu Eternals, a nawet stali czytelnicy komiksów często znają ich raczej powierzchownie — bardziej z ciekawostek niż z faktycznych lektur. Historie z ich udziałem rzadko trafiają na nasz rynek, więc trudno się dziwić, że większość czytelników kojarzy głównie takie postacie jak Ikaris, Sersi czy Ajak. Gdzieś w tle przewijał się jeszcze Starfox, ale on akurat funkcjonował szerzej w uniwersum.
Mam wrażenie, że to trochę zamknięte koło — czytelnicy nie znają Przedwiecznych, więc nie ma dużego popytu na komiksy z ich udziałem, a skoro ich nie ma, to dalej pozostają anonimowi. I to niestety odbija się na odbiorze Sądnego dnia. Postaci jest tu naprawdę dużo i momentami można się w tym pogubić. Nawet pomijając epizodyczne występy takich bohaterów jak Daredevil czy Doctor Doom, dostajemy całą galerię ważnych postaci, których relacje, przeszłość czy motywacje nie zawsze są dla czytelnika jasne. Jeśli ktoś nie siedzi głębiej w X-Men, również może poczuć się nieco zagubiony — zwłaszcza w kontekście wydarzeń związanych z Krakoą.
Do samego Gillena można mieć natomiast zastrzeżenie dotyczące tempa. Początek jest dość powolny — rozumiem, że trzeba zbudować konflikt, pokazać racje każdej ze stron i doceniam, że wszystko ma później swoje konsekwencje, ale przebrnięcie przez pierwszą część komiksu bywa momentami ciężkie. To etap, który może niektórych czytelników zniechęcić.
Ale kiedy już historia się rozkręca — robi to na całego. Najpierw dostajemy efektowne starcia pomiędzy X-Men i Przedwiecznymi, pełne rozmachu i typowo superbohaterskiej akcji. A gdy na scenę wkracza nowy bóg i wszystkie strony muszą połączyć siły, wreszcie czuć prawdziwą skalę zagrożenia. Co ciekawe, trudno nazwać go klasycznym złoczyńcą. Działa według zasad narzuconych mu przez swoich twórców — czyli właśnie przedstawicieli Przedwiecznych, Avengers i X-Men. Można więc powiedzieć, że bohaterowie sami sprowadzili na Ziemię ten problem i teraz muszą zmierzyć się z jego konsekwencjami.
Bardzo podobało mi się też ukazanie zwykłych ludzi i tego, jak są oni oceniani. Te fragmenty dobrze budują klimat i pokazują, że stawka jest naprawdę globalna, a decyzje „boga” mają bardzo osobisty wymiar. Do tego dochodzi sporo intryg, knowań i rozterek — to nie jest event oparty wyłącznie na ciągłej bijatyce. Akcji oczywiście nie brakuje, ale równie ważna jest warstwa fabularna i moralna.
Na koniec muszę jeszcze wyróżnić narrację. Początkowo historię prowadzi sama Ziemia, co świetnie pomaga wejść w ten świat i zrozumieć kontekst wydarzeń. Później pałeczkę przejmuje nowy bóg — i to jest kapitalny zabieg, który dodatkowo buduje klimat całej opowieści.

Jak to wygląda?
Za warstwę graficzną Sądnego Dnia odpowiada przede wszystkim Valerio Schiti oraz Guiu Vilanova, choć — jak to w przypadku większych eventów bywa — twórców jest tu znacznie więcej. I już na starcie trzeba przyznać, że główny duet rysowników wykonał naprawdę solidną robotę.
Kadry są czytelne, bohaterowie dobrze rozpoznawalni i trudno kogokolwiek pomylić, nawet przy tak dużej liczbie postaci. Nie brakuje detali, a artyści sprawnie balansują między scenami spokojniejszymi a dynamicznymi starciami. Kiedy trzeba — akcja przyspiesza i dostajemy efektowne, pełne energii pojedynki, a kiedy indziej tempo zwalnia, pozwalając wybrzmieć emocjom bohaterów. Dobrze wypadają także bardziej brutalne momenty, które podbijają skalę zagrożenia i nadają całości odpowiedniego ciężaru. Na plus zaliczam też umiejętne oddanie emocji — dylematy moralne, chwile zawahania czy napięcie między postaciami są wyraźnie widoczne i dobrze współgrają z fabułą.
Bardzo dobrze prezentują się również projekty większych elementów tego eventu — nowy bóg czy potężne istoty atakujące mutantów robią odpowiednie wrażenie i wizualnie podkreślają skalę wydarzeń. Widać tu rozmach, jakiego można oczekiwać od historii tej rangi.
Z pozostałych artystów na wyróżnienie zasługuje Daniele Di Nicuolo, który odpowiada za fragment skupiający się na Starfoxie. Jego styl wyraźnie różni się od reszty, jest bardziej charakterystyczny i momentami nawet nieco „lżejszy” w odbiorze, ale działa to na plus. Dzięki temu ten segment wyróżnia się na tle całości i dodaje albumowi pewnej świeżości.
Najsłabiej wypada natomiast Pasqual Ferry. Jego kreska sprawia wrażenie zbyt wygładzonej — bohaterowie momentami tracą wyrazistość, a twarze wydają się pozbawione charakterystycznych rysów. Również tła bywają uboższe, jakby nieco niedokończone. Być może nie rzucałoby się to tak w oczy, gdyby odpowiadał za cały album, jednak w zestawieniu z pracami pozostałych rysowników różnice są wyraźne i niestety działają na jego niekorzyść. Na szczęście odpowiada on tylko za jeden fragment historii, z Ajak w roli głównej.
Całościowo jednak poziom graficzny stoi na wysokim poziomie. Mimo udziału wielu artystów udało się zachować względną spójność stylu, a wizualna strona dobrze oddaje zarówno skalę wydarzeń, jak i bardziej kameralne momenty. To solidna, efektowna oprawa, która dobrze współgra z epickim charakterem całej historii.

Ponad sądami
Oryginalnie komiks ukazał się pod tytułem A.X.E.: Judgment Day, jednak towarzyszyło mu kilka dodatkowych historii, takich jak A.X.E.: Death to the Mutants, A.X.E.: Eve of Judgment, A.X.E.: Avengers czy A.X.E.: Starfox. Amerykańscy czytelnicy musieli sięgnąć po różne zeszyty, aby skompletować pełną opowieść. Tym bardziej należy docenić polskiego wydawcę — Egmont — który zebrał wszystkie te elementy w jednym albumie Sądny Dzień, uporządkował wydarzenia chronologicznie i podał je w przystępnej formie.
Na plus zasługuje także grafika umieszczona na jednej z pierwszych stron, prezentująca najważniejszych bohaterów tego eventu. Przy tak dużej liczbie postaci to naprawdę spore ułatwienie i dobra decyzja redakcyjna.
Na końcu albumu znajdziemy z kolei ciekawy dodatek w postaci szkicownika jednego z rysowników, wspomnianego już wcześniej Valerio Schitiego. Zaprezentowano w nim projekty HEKS-ów, czyli potworów atakujących Krakoę, a także Protoplasty oraz nowy strój Starfoxa. To bardzo fajny bonus — nie tylko dla osób interesujących się rysunkiem, ale dla każdego, kto lubi zajrzeć „za kulisy” powstawania komiksu.
Standardowo nie zabrakło również galerii okładek alternatywnych, choć tym razem jest ona dość skromna i wyraźnie okrojona w porównaniu do innych wydań.

Ostateczny osąd
Sądny Dzień to efektowny i emocjonujący event superbohaterski, który łączy w sobie epicką akcję z rozbudowaną warstwą fabularną. Początek może wydawać się nieco wolny i momentami przytłaczający natłokiem postaci, zwłaszcza dla osób mniej obeznanych z Przedwiecznymi czy aktualnymi wątkami X-Men, ale warto przetrwać pierwsze strony — później historia nabiera niesamowitego rozmachu. Warstwa graficzna stoi na wysokim poziomie — kadry są czytelne, pełne detali i energii, a różnorodność stylów rysowników wzbogaca album, zachowując spójność całości. To solidny tom, który łączy epicką akcję z przemyślanym prowadzeniem fabuły i ciekawie rozwija postacie.
