Ognistych meteorów deszcz?
Nie tym razem. Co prawda u Freda Hoyle’a koniec świata nie będzie tak kojący, jak w Ostatnim brzegu, ale wciąż obejdzie się bez fajerwerków. Właściwie bez jednego wybuchu, choć nastąpi coś w rodzaju nuklearnej zimy, największego koszmaru lat 50. i 60. (a omawiana książka ukazała się w 1957).
Wszystko stopniowo zamarznie, bo Ziemia zostanie odcięta od Słońca. Dlaczego? O, tu zaczyna się magia — z powodu tytułowej Czarnej Chmury, obłoku kosmicznego pyłu nieuchronnie zbliżającego się do naszej przyjemnie cieplutkiej planety.
Zagrożenie zostaje odkryte dość szybko przez astrologów regularnie obserwujących otaczający nas Wszechświat. Niestety, nie da się mu nijak zapobiec. Być może dałoby się zminimalizować skutki tego radykalnego zaćmienia?
Rządy, jak to rządy, kombinują nad najlepszymi rozwiązaniami… piarowymi. Przecież bez sensu byłoby wywołać panikę tylko po to, żeby przekonać się, że nie było tak źle.
Wydaje się, że spora część ludzkości, a właściwie biosfery, wymrze po miesiącu bez najmniejszego słonecznego promyczka, ale to nie powód do lekkomyślnego pozbywania się poparcia, prawda? Poziom sarkazmu i ironii w odniesieniu do demokratycznie wybranych władz jest tu porównywalny do uszczypliwych uwag Clarke’a ze Spotkania z Ramą.
Na szczęście jest jeden rozsądny człowiek, a władze UK mają dość przytomności, żeby powierzyć mu misję zbudowania kryzysowego zespołu specjalistów. Christopher Kingsley w służbie Jej Królewskiej Mości na pewno wszystkich uratuje? Bynajmniej, ten błyskotliwy astronom, ewidentne alter ego Hoyle’a, nie ma złudzeń co do przyszłości rodzaju ludzkiego. Ocali tych, na których mu zależy, świetnie się przy tym bawiąc.
Korowód moich marzeń wiruje, lśni
Kingsley jest jak najbardziej figurą zbliżoną do Jamesa Bonda. Inteligentny, przystojny, ironiczny i bezpardonowy. Do swojego zespołu kryzysowego werbuje najlepszych (przypadkiem swoich dobrych przyjaciół), a nawet pewną pianistkę, którą ma nadzieję poznać lepiej. W końcu sztuka nie może tak po prostu pójść na zmarnowanie podczas kosmicznej zimy. Czytelnicy mu wybaczą, jest przecież coś szalenie kojącego w wyobrażeniu schronu zdolnego pomieścić wszystkich tych, z którymi dobrze się dogadujemy. I dzięki którym przetrwanie będzie miało więcej sensu.
Czarna Chmura to jednak coś więcej niż pył… Jeśli znacie Star Trek: Następne pokolenie, możecie się domyślić, jak to z tym kosmicznym podróżnikiem będzie. Nie wiem, czy odcinek (nomen omen) Chmura inspirował się książką Hoyle’a, ale jego twórcy musieli o niej chociaż słyszeć. Przygoda Kingsleya będzie dużo bardziej dramatyczna niż Picarda, ale na poziomie filozoficzno-fizycznych rozważań obie mają ze sobą wiele wspólnego.
W 2025 roku książka Freda Hoyle’a jest już troszkę ramotką, nawet jeśli wciąż cieszy Dawkinsa. Doskonale się ją czyta, główny bohater jest zachwycający i irytujący zarazem, jak każdy uroczy egoista, część naukowych wtrętów trąci myszką, za to uwagi dotyczące polityki są niestety wciąż świeże. Czarna Chmura (zwłaszcza zestawiona z powstałym w podobnym momencie Ostatnim brzegiem) to świetny przykład na to, jak paradoksalnie starzeje się twarda fantastyka naukowa i doskonały materiał do rozważań nad pewnikami nauki i jej ciągłym rozwojem.

