Jep Loeb i Tim Sale tworzyli bardzo zgrany duet. Wykreowali wiele wybitnych komiksów. Czy powieść graficzna skupiona na postaci drugoplanowej i pobocznym wątku względem Długiego Halloween i Mrocznego Zwycięstwa okaże się równie dobra, a może jest to zupełnie niepotrzebne dzieło?
Nie mogę zrozumieć, jak zachwyca, skoro nie zachwyca
Zdaje sobie sprawę, że wszyscy wokół pieją z zachwytu nad twórczością Tima Sale’a i Jepha Loeba. Zwłaszcza same pochlebne komentarze słyszałem o ich „trylogii”. I faktycznie Długie Halloween bardzo mi się spodobało, to jak Jeph poprowadził fabułę, podział rozdziałów na miesiące, a konkretnie na święta odbywające się w danym miesiącu. Sama zagadka kryminalna też była ciekawa i angażująca. Niemniej Mroczne zwycięstwo rozczarowało mnie. Było niczym słabsza kopia Długiego Halloween, a wprowadzenie Robina wypadło według mnie kiepsko. I teraz przyszła pora na Catwoman. Rzymskie Wakacje. Wątek poboczny, rozgrywający się podczas Mrocznego Zwycięstwa. Do tego drugoplanowa postać w centrum zamiast Batmana. I oczywiście znów słyszałem wiele zachwytów od osób, które znały wcześniejsze wydania tej historii. Wszystko to spowodowało, że się skusiłem. I cóż mogę powiedzieć więcej… no po prostu nie zachwyca.

Kotka bez pazurków?
W czasie lektury miałem momenty, że mi się nudziło i trochę dłużyło. Przeczytałem całość na raz, choć miałem ochotę kilka razy zrobić sobie przerwę. Niemniej to raptem sześć zeszytów, więc uznałem, że dam radę. Co mi tutaj nie zagrało? Chyba cała intryga – szkielet fabularny. Jakoś mam poczucie, że wyprawa Catwoman do Rzymu w poszukiwaniu korzeni rodzinnych była bezsensowna, niczego ciekawego nie wniosła. Dodajmy do tego śmierć bossa już w pierwszym rozdziale, która do niczego interesującego nie prowadzi. No dobra, jest to pretekst do rozpoczęcia sekwencji pościgów, strzelania itd. Do tego doszło do utraty już jakiegokolwiek zawieszenie mojej niewiary. Momentem krytycznym była scena na statku, gdy nieprzytomna Catwoman trafiła na jacht pod opiekę Człowieka-Zagadki i „blondasa”. Już jako Selina wyszła z kajuty i przed bohaterem drugoplanowym wspomnianym blondasem argumentuje nieobecność Catwoman tym, że zniknęła, a on odpowiada, że zauważył, że zniknęła szalupa ratunkowa. I najgorsze, że ten wątek jest kontynuowany (Selina nadal uważa, że blondas nie zna jej tajnej tożsamości, choć ma go za niegłupiego – szok!). W teorii pada sugestia, że on gra głupka, ale ile można udawać barana, który nie łączy faktów? Dla mnie ten wątek był po prostu kompletnie głupi. Gorzej, że finał, czyli rozwiązanie całej intrygi nie dało mi prawie żadnej satysfakcji. Ale co by nie mówić, chłonie się ten komiks, głównie za sprawą genialnych rysunków Tima Sale’a. Tych kilka humorystycznych scen, również wypada na plus, a sama Catwoman, to prawdziwa seksowna, drapieżna kotka. I miło się na nią patrzy, zwłaszcza gdy wkracza do akcji z pazurami.

Seksowna superbohaterka?
Największą zaletą tego tomu są oczywiście rysunki Tima Sale’a. Wiadomo to kwestia gustu i zdaje sobie sprawę, że nie każdemu spodoba się jego kreska, bo jest dość specyficzna, ale mnie zachwyca. Tak, pod tym jednym względem ten komiks mi się podoba. Tim jak nikt inny potrafi pokazać Selinę w sposób wyjątkowo zmysłowy. W końcu Catwoman to nie tylko zdolna i przebiegła złodziejka, ale przede wszystkim seksowna i piękna kobieta. I właśnie dzięki takim zabiegom, mamy tutaj kilka zabawnych scenek, jak choćby moment, gdy Człowiek-Zagadka całuje się z Seliną – jakim cudem do tego doszło, nie zdradzę. A tym bardziej tego, co wydarzyło się chwilę potem.
W końcu mogę pochwalić wydanie. Już przestałem wytykać cały czas ten mankament linii DC Deluxe, bo ile razy można się było bez sensu powtarzać, ale jednak okazało się, że da się to zrobić! A zatem nareszcie pod obwolutą mamy normalną, piękną grafikę na okładce! W końcu komiks z linii DC Deluxe nie przypomina zeszytu czy pracy magisterskiej! Brawo! A poza tym wydanie jest naprawdę solidne, bo poza komiksem dorzucono jeszcze szkicownik. I co ważniejsze, pokazano etapy powstawania plansz. Standardowo na końcu znajdziemy też posłowie Kamila Śmiałkowskiego, zaś na początku wstęp Marka Chiarello.

Czy warto poznać rzymską przygodę Catwoman?
Niestety, tym razem nie zaskoczyło. Może już jestem zmęczony komiksami superbohaterskimi, całą tą zastałą, schematyczną konstrukcją? Nowe pozycje z tego nurtu zupełnie do mnie nie trafiają, ale do tej pory na klasyce spędzałem miło czas. Aż przyszła Catwoman. Rzymskie Wakacje. Nie jest to zły komiks, myślę, że miłośnicy Batmana będą się przy nim dobrze bawić. Ale dla mnie za wiele było tu irytujących elementów, a za mało jakichś odkrywczych momentów. Jeph Loeb miał pomysł w Długim Halloween, ale potem według mnie forma siadła. Podsumowując, można przeczytać, ale w gruncie rzeczy w sumie po co? Wystarczy sięgnąć tylko po Długie Halloween i Mroczne Zwycięstwo. Natomiast Rzymskie wakacje, to jedynie nieistotny epizod w życiu Catwoman. Tak jak mówiłem… jak zachwyca, skoro nie zachwyca?
Komiks do recenzji dostarczyło wydawnictwo Egmont, za co bardzo dziękujemy, ale nie wpływa to na ocenę końcową produktu.