Gaw’yn wraca do gry
Najnowszy tom autorstwa Christophe Arleston i Alexandru Popescu nie porzuca oczywiście głównego wątku związanego z Lah’są i jej armią ghouli, ale podchodzi do niego z innej strony. Zamiast kolejnego oblężenia i heroicznej obrony dostajemy historię osadzoną nieco wcześniej – swego rodzaju retrospekcję, która pokazuje początki wydarzeń i rzuca nowe światło na naturę przemienionych. I choć nieumarli wciąż są obecni, to tym razem nie dominują każdej strony. Dzięki temu można na chwilę odetchnąć od wojennego zgiełku i skupić się na czymś więcej niż tylko kolejnym starciu.
Na pierwszy plan wraca Gaw’yn – jedna z ciekawszych postaci w całej serii. I co ważne, nadal nie traci swojego charakteru. To bohater z zasadami, z pazurem, który nie daje się łatwo zaszufladkować. Jego historia wreszcie zaczyna łączyć się z głównym eventem i trudno nie odnieść wrażenia, że może odegrać w nim istotną rolę. Tym bardziej że jest postacią, która potencjalnie może przechylić szalę w dowolną stronę. Osią historii jest natomiast jego relacja z Dyfeliną. I trzeba przyznać, że działa ona zaskakująco dobrze. To nie jest wrzucony na siłę wątek romantyczny – przeciwnie, stanowi fundament całej opowieści i prowadzi do odkrycia kluczowych informacji dla większej fabuły. Co ważne, nie sprawia wrażenia oklepanego. Twórcy sprytnie wplatają go w wydarzenia, pozwalając mu rozwijać się gdzieś pomiędzy walkami, pościgami i kolejnymi zwrotami akcji. Szkoda tylko, że finał tej relacji jest nieco zbyt uproszczony. Widać tu klasyczny problem tej serii – ograniczoną objętość. Przydałoby się kilka dodatkowych stron, żeby wybrzmiało to mocniej.

Nierówna kreska, świetne detale
Warstwa wizualna to tym razem lekki zgrzyt. Prace Alexandru Popescu są poprawne, ale trudno mówić o zachwycie. Postaci wydają się zbyt wygładzone, momentami brakuje im wyrazu i mimiki. Zdarzają się też kadry, które sprawiają wrażenie niedokończonych – szczególnie w tle. A jednocześnie… właśnie tła potrafią być piękne. Miasta, architektura, detale – kiedy już się pojawiają, robią świetne wrażenie. To trochę dziwna nierówność.
Na plus zdecydowanie wypadają projekty potworów – ghoule i nieumarłe nietoperze wyglądają świetnie i budują odpowiedni klimat. No i smok – nietypowy, inny niż dotychczas, ale idealnie pasujący do klimatu Czarnych Elfów. W scenach akcji robi ogromną robotę.
Event, który trwa za długo
Jak przystało na Świat Akwilonu, tempo jest wysokie. Dzieje się dużo, ale – co ważne – nie ma chaosu. Historia jest prowadzona sprawnie, postacie dostają swoje momenty, a całość trzyma się kupy. I tylko czasem chciałoby się zwolnić, pobyć chwilę dłużej z bohaterami, pozwolić scenom wybrzmieć. Ale jednocześnie trudno narzekać na nudę – tej tu po prostu nie ma. Największy problem to jednak nadal sam event, który nadal się przeciąga. Wojna z Lah’są trwa i choć to nadal ciekawy i duży wątek, to jego powtarzalność zaczyna być odczuwalna. Czarny jak krew radzi sobie z tym lepiej niż kilka poprzednich tomów, bo nie wrzuca nas w sam środek kolejnej bitwy, tylko pokazuje inne oblicze konfliktu. Ale prędzej czy później ta historia będzie musiała zmierzać do finału. I chyba coraz więcej czytelników na to czeka.
Komiks jest zdecydowanie skierowany dla fanów serii. To jeden z tych tomów, których nie można pomijać – wnosi sporo do głównej fabuły i rozwija ważne postacie. Ale jednocześnie to absolutnie nie jest punkt wejścia. Bez znajomości wcześniejszych części trudno będzie połapać się w świecie, bohaterach i stawkach tej historii. Jeśli więc śledzicie losy Elfów od dłuższego czasu, to macie przed sobą jedną z ciekawszych historii ostatnich miesięcy, który pokazuje, że nawet w ramach jednego eventu można jeszcze znaleźć świeższe podejście. Choć jednocześnie przypomina, że nawet najciekawsze wydarzenia nie powinny trwać wiecznie.
