Zemsta najlepiej smakuje na zimno
Zanim przejdziemy dalej muszę podkreślić, że Übel Blatt już od pierwszych stron jasno komunikuje, że nie będzie to klasyczna opowieść o heroizmie i jednoznacznym podziale na dobro i zło. To historia zanurzona w mroku – pełna przemocy, okrucieństwa i moralnej niejednoznaczności, która może odrzucić bardziej wrażliwych czytelników, ale jednocześnie stanowi fundament jej tożsamości… No, to skoro mamy to już za sobą, to przejdźmy do faktycznej fabuły.
Narracja opiera się na legendzie czternastu bohaterów, którzy przed laty wyruszyli, by powstrzymać siły ciemności. Według oficjalnej wersji historii trzech z nich zginęło, czterech zdradziło, a siedmiu powróciło jako wybawcy królestwa. Problem w tym, że ta legenda – jak szybko się okazuje – jest kłamstwem lub co najmniej półprawdą. Dwadzieścia lat później na scenę wkracza Köinzell, tajemniczy chłopiec o elfich rysach, który zdaje się wiedzieć, jak było naprawdę, i zamierza wymierzyć sprawiedliwość tym, których świat uznaje za bohaterów. Oś fabularna tomu koncentruje się więc wokół motywu zemsty, przywodzącego na myśl Hrabiego Monte Christo. Köinzell nie jest jednak klasycznym mścicielem – to postać znacznie bardziej niejednoznaczna. Z jednej strony potrafi okazać współczucie i wrażliwość wobec niewinnych, z drugiej bez wahania eliminuje każdego, kto stanie mu na drodze. Jego działania są brutalne, często bezlitosne, a moralność płynna.
Autor szybko przechodzi od zarysowania świata do intensywnej akcji. Już na początku dochodzi do konfrontacji z jednym z tytułowych zdrajców – Kferem, przedstawionym jako uosobienie tyranii i degeneracji. Jego starcie z gł. bohaterem jest brutalne, ale też symboliczne, bo pokazuje, jak cienka granica dzieli „bohaterów” od potworów. Problem w tym, że tempo narracji sprawia, iż kolejni przeciwnicy pojawiają się i znikają stosunkowo szybko. Czterej zdrajcy, którzy powinni stanowić długofalowe zagrożenie, zostają potraktowani bardziej jako kolejne etapy drogi protagonisty niż pełnoprawne, pogłębione postacie.

Śmiem twierdzić, że to jedna z największych słabości fabuły tomu pierwszego – niewykorzystany potencjał antagonistów. Choć ich obecność jest kluczowa dla całej historii i motywacji głównego bohatera, tylko nieliczni z nich otrzymują wyraźniejsze tło czy motywacje. Reszta funkcjonuje głównie jako brutalne przeszkody do pokonania. Szkoda, bo przy tak silnym fundamencie legendy aż prosi się o bardziej rozbudowaną, wielowymiarową galerię przeciwników. Jednocześnie manga nadrabia to atmosferą i konstrukcją świata. Szaalenden to kraina naznaczona wojną, pełna politycznych napięć, potężnych, skorumpowanych jednostek i zwykłych ludzi próbujących przetrwać na pograniczu chaosu. Elementy klasycznego fantasy mieszają się tu z bardziej nietypowymi akcentami – jak smocze sterowce czy groteskowe, zmiennokształtne istoty – co nadaje całości lekko steampunkowego posmaku.
Na uwagę zasługuje także sposób prowadzenia tajemnicy. Köinzell od początku budzi pytania – kim naprawdę jest, co wydarzyło się dwadzieścia lat temu i jaką rolę odegrał w tamtych wydarzeniach? Retrospekcje i stopniowo ujawniane informacje sprawiają, że czytelnik zaczyna inaczej postrzegać zarówno jego samego, jak i świat, w którym funkcjonuje. To właśnie ten element, czyli obietnica odkrywania prawdy, najmocniej napędza fabułę i zachęca do dalszej lektury.
Piękno w brutalności
Warstwa graficzna, w zasadzie całej serii, to jeden z jej najmocniejszych, ale też najbardziej charakterystycznych elementów – idealnie współgrający z mrocznym, bezkompromisowym tonem opowieści. Już od pierwszych stron widać, że rysunki autorstwa Etoroujiego Shiono celowo operują ciężarem i kontrastem, stawiając przede wszystkim na głębokie czernie i różnorodne odcienie szarości. Jasne przestrzenie pojawiają się rzadziej, co dodatkowo potęguje ponury, przytłaczający klimat świata przedstawionego.
Styl Shiono dobrze odnajduje się w scenach akcji – dynamicznych, często brutalnych, ale przy tym czytelnych. Kadrowanie zasługuje na szczególne wyróżnienie, bo autor rzadko trzyma się sztywnego układu plansz, zamiast tego eksperymentuje z kompozycją, co nadaje starciom energii i płynności. Walki są efektowne, a ruch postaci łatwy do śledzenia, nawet w bardziej chaotycznych momentach. Dużym atutem jest także projekt postaci. Bohaterowie są wyraziści i łatwo rozpoznawalni, co ma znaczenie w historii pełnej intryg i zmieniającej się obsady. Köinzell – z jego młodzieńczym wyglądem i jednocześnie intensywnym, niemal złowrogim spojrzeniem – od razu przyciąga uwagę. Również projekty przeciwników czy istot fantastycznych wypadają przekonująco, często balansując na granicy groteski i realizmu. Widać, że autor przykłada dużą wagę do detalu, zwłaszcza w przypadku uzbrojenia czy bardziej nietypowych elementów świata, takich jak smocze sterowce, które wyróżniają się ciekawym, dopracowanym designem.

Nieco słabiej wypadają natomiast tła. Choć w niektórych kadrach potrafią być szczegółowe, często ograniczają się do dość standardowych dla fantasy krajobrazów – skalistych pustkowi, lasów czy uogólnionych panoram miast. Nie są one złe, ale rzadko zapadają w pamięć tak jak same postacie czy sceny akcji. Podobnie mapy i elementy orientacyjne świata mogłyby być bardziej rozbudowane, by lepiej wspierać immersję.
Charakterystycznym aspektem wizualnej narracji jest także sposób przedstawiania kontrowersyjnych treści. Mimo że manga nie unika tematów takich jak przemoc czy seksualność, rysunki często operują sugestią zamiast dosłowności. Sceny są kadrowane lub cieniowane w taki sposób, by nie epatować szczegółem, co sprawia, że ich wydźwięk pozostaje mocny, ale nie przesuwa się całkowicie w stronę drastyczności. Na koniec warto wspomnieć o dodatkach – informacje zawarte wewnątrz tomu oraz na jego końcu pomagają lepiej zrozumieć świat przedstawiony i jego zasady. To drobny, ale istotny element, który pokazuje, że warstwa wizualna nie kończy się na samych kadrach, lecz współtworzy szerszy kontekst opowieści.
To dopiero początek…
No i nadszedł czas na podsumowanie. Nie będę kłamał – z niemałą ekscytacją sięgnąłem po pierwszy tom, z racji że Übel Blatt to manga od której w zasadzie lata temu zaczęła się cała moja przygoda z tym medium. Tym bardziej, że wydawnictwo Waneko postanowiło ją oficjalnie wydawać w naszym kraju i to jeszcze dwóch wersjach (miękkiej i twardej oprawie), po dwa tomy w jednym. Jak niby mogłem oprzeć się pokusie położenia na niej swoich łapek? Nie wiem, ale do recenzji otrzymałem ten „drugi” wariant i muszę przyznać, że jest to wydanie premium – obwoluta, której faktura ma przypominać skórę, odznaczający się wypukłością tytuł i tasiemka przymocowana do górnej kapitałki. Świetnie prezentuje się ta specjalna edycja na półce, tylko czy dobrze się to czyta?
Trudno nie odnieść wrażenia, że mamy do czynienia z tytułem jednocześnie bardzo efektownym i wyraźnie nierównym. To manga, która od początku wie, czym chce być, czyli brutalną, mroczną opowieścią o zemście i konsekwentnie realizuje tę wizję, ale nie zawsze robi to w sposób w pełni dopracowany.
Największą siłą tomu jest bez wątpienia jego klimat i centralna oś fabularna. Historia Köinzella, wraz z ujawnieniem jego prawdziwej tożsamości i motywacji, skutecznie przyciąga uwagę i nadaje opowieści emocjonalny ciężar. Motyw zemsty, napędzany tragedią z przeszłości, działa tu bardzo dobrze – tym bardziej, że bohater nie jest kryształowy, a jego działania budzą równie często satysfakcję, co niepokój. To właśnie ta moralna niejednoznaczność sprawia, że trudno oderwać się od lektury. Na plus należy zaliczyć także tempo i intensywność wydarzeń. Akcja praktycznie nie zwalnia, a świat przedstawiony – mimo że dopiero zarysowany – wydaje się bogaty i pełen potencjału. Pojawiają się też intrygujące wątki poboczne oraz sugestie dotyczące ukrytych tożsamości innych postaci, które skutecznie budują ciekawość wobec kolejnych tomów.

Z drugiej strony, nie wszystko działa równie dobrze. Narracja momentami bywa chaotyczna – przeskoki między wydarzeniami, miejscami i liniami czasowymi potrafią utrudnić orientację, zwłaszcza gdy nie są wyraźnie zaznaczone. To sprawia, że lektura wymaga większego skupienia, a czasem nawet cofania się, by mieć pewność, że niczego się nie przeoczyło. Również część bohaterów (poza protagonistą) wypada raczej powierzchownie, pełniąc bardziej funkcję elementów napędzających akcję niż pełnoprawnych, pogłębionych postaci. No i nie da się pominąć hmm… kontrawersyjnej warstwy obyczajowej? Manga jest wyraźnie skierowana do dorosłego odbiorcy – znajdziemy tu liczne sceny przemocy, nagości i seksualności, w tym również bardzo niepokojące motywy. Dla części czytelników będzie to spójny element konwencji dark fantasy, dla innych – zbędny dodatek, który nie wnosi wiele do samej fabuły, a momentami może wręcz od niej odciągać.
Mimo tych zastrzeżeń, pierwszy tom Übel Blatt pozostawia po sobie bardzo solidne wrażenie. To mocne otwarcie serii, które nadrabia niedociągnięcia intensywnością, klimatem i wyrazistym bohaterem. Nie jest to historia dla każdego, bowiem wymaga odporności na brutalność i pewnej cierpliwości w śledzeniu narracji, ale jeśli ktoś szuka mrocznego fantasy z pazurem, znajdzie tu coś dla siebie.