Skazany na… Deadpoola
Pierwsza część tomu Przeznaczenie X. Wolverine to kontynuacja wątków z komiksu Wolverine. X żywotów/X śmierci, jednak znajomość tamtych wydarzeń nie jest konieczna, by odnaleźć się w historii. Wystarczy wiedzieć, że CIA ma w posiadaniu rękę Wolverine’a, a Logan, mimo regeneracyjnych zdolności, nie może tak po prostu przejść nad tym do porządku dziennego. To stanowi punkt wyjścia dla serii wydarzeń, w których tytułowy bohater znów zostaje wciągnięty w wir spisków, intryg i krwawej przemocy, a towarzyszy mu nie kto inny jak Deadpool, z właściwą sobie mieszanką gadulstwa, chaosu i czarnego humoru.
Odpowiadający za scenariusz Benjamin Percy wykorzystuje klasyczny motyw „dwóch przeciwieństw zmuszonych do współpracy”. Wolverine i Deadpool to mieszanka wybuchowa – jeden to ponury, milczący zabójca z zasadami, drugi to wiecznie paplający błazen, który nawet w środku rzezi potrafi rzucić dowcipem. Sceny z ich udziałem są niewątpliwie najmocniejszym punktem komiksu. Widać, że autor świetnie czuje obie postacie, zwłaszcza w warstwie dialogowej. Cięte riposty Wade’a i surowe reakcje Logana działają tu naprawdę dobrze. Choć ubrany w czerwień najemnik potrafi być irytujący, jego obecność dodaje historii tempa i lekkości, której bardzo potrzebuje.

Fabuła tego wątku skupia się na próbie infiltracji Krakoi przez Deadpoola, który pragnie dołączyć do elitarnej grupy X-Force. Problem w tym, że Wolverine wolałby się raczej przebić przez stalowy mur niż przez ego Wade’a Wilsona. Ich niechętna współpraca prowadzi do kilku groteskowo brutalnych, ale też efektownych scen – jak choćby ta, w której Deadpool zostaje przecięty na pół, by umożliwić Loganowi otwarcie celi. Percy bawi się motywami regeneracji i przemocy, często w sposób tak przesadzony, że trudno nie uśmiechnąć się mimo makabry. W tle pojawia się Danger, dawna sztuczna inteligencja, a cały wątek wchodzi w rejony technologicznego thrillera – CIA i roboty X-Menów mające skompromitować mutantów. Niestety, mimo potencjału, historia antagonistki zostaje potraktowana powierzchownie.
Druga część tomu przenosi akcję w rejony eventu Dzień Sądu, gdzie Wolverine staje przed Celestianinem i zostaje zmuszony do rozliczenia się z własną przeszłością. Niebiański pokazuje mu ofiary jego dawnych zbrodni i każe odpowiedzieć, dlaczego zasługuje na życie. Motyw teoretycznie mocny, ale Percy nie wydobywa z niego pełnego dramatyzmu. Zamiast introspektywnego thrillera dostajemy raczej powtórkę z tematów, które Logan wałkował już dziesiątki razy: poczucie winy, potrzeba odkupienia, refleksja nad tym, czy ktoś taki jak on może być „dobrym człowiekiem”. Pojawiają się też Solem i Piekielna Narzeczona – postacie znane fanom eventu X Mieczy. Niestety, bez kontekstu tamtej historii ich obecność wydaje się przypadkowa. Ich wątek sprowadza się do wspólnej walki z potężnym Przedwiecznym, zdrady i walki o miecze Muramasy, czyli wszystkiego, co w komiksie o Wolverinie musi się znaleźć, ale bez emocjonalnego ciężaru, jaki niósłby lepiej dopracowany scenariusz.
Wspólna kąpiel we krwi
Pod względem wizualnym komiks jest pełen energii i ekspresji, choć nie zawsze dobrze zrównoważonej. Za rysunki odpowiadają głównie Adam Kubert i Federico Vicentini, a kolory nakłada Frank Martin. To zestawienie doświadczenia, pewnej surowości i dynamiki – z jednej strony imponujące, z drugiej momentami zbyt chaotyczne.
Ten pierwszy od dłuższego czasu uchodzi za jednego z najlepszych artystów, jeśli chodzi o oddanie brutalnego wdzięku Wolverine’a. Jego prace tchną siłą i ruchem – każda scena walki aż pulsuje energią, a kadry są maksymalnie nasycone ruchem, impetem i bólem, który Logan nosi w sobie. Widać tu ogromne doświadczenie Kuberta w prowadzeniu oka czytelnika przez akcję. Nawet najbardziej złożone układy paneli zachowują przejrzystość i rytm. Jednak w tym tomie jego styl wydaje się nieco mniej spójny niż w poprzednich projektach. Układy stron, zwłaszcza te wprowadzane na początku poszczególnych zeszytów momentami sprawiają wrażenie wymuszonych. Można odnieść wrażenie, że rysunki i scenariusz nie do końca ze sobą współgrają, a artysta stara się ratować nieco rozczłonkowaną narrację efektownymi ujęciami i agresywną dynamiką. Mimo to trudno odmówić jego planszom czystej komiksowej frajdy. Szczególnie sekwencje akcji z udziałem Deadpoola i Logana to wizualny popis choreografii, groteski i brutalnego humoru.

Frank Martin znakomicie uzupełnia rysunki Kuberta, stawiając na kontrastowe, nasycone barwy i mocne światłocienie. Kolorystyka podkreśla intensywność scen – krew, metal i ogień niemal wychodzą z kadrów, a jednocześnie Martin nie traci czytelności. Paleta barw dobrze oddaje klimat – mroczny, ale nie pozbawiony komiksowej przesady, charakterystycznej dla opowieści z Deadpoolem. Druga połowa tomu, narysowana przez Federico Vicentiniego, utrzymuje podobną dynamikę, ale w nieco surowszym, bardziej szkicowym stylu. Vicentini, znany z Wolverine. X Żywotów/X Śmierci, dobrze odnajduje się w świecie mutantów, choć jego rysunki są mniej dopracowane niż te Kuberta. W zamian oferują bardziej ekspresyjną, niemal filmową płynność ruchu. To styl, który świetnie sprawdza się w scenach bitewnych, lecz bywa męczący przy dłuższym czytaniu – na stronach panuje momentami przesyt detali, przez co trudno skupić wzrok na tym, co naprawdę istotne.
Dodam jeszcze, że na zakończenie komiksu, dostajemy krótką historię Logana, mówiącą o tym dlaczego w jego życiu od zawsze ważne były whisky, piwo i bójki w barach. Za rysunki w tym przypadku odpowiada cała gama artystów, dzięki czemu w zasadzie każda strona ma inny styl graficzny. Niby nic, ale jest to świetna okazja, by zobaczyć, jak można pokazać niby tę samą postać, ale za każdym razem w inny sposób.
Whisky, krew i adamantium
Przeznaczenie X. Wolverine. Tom 1 to można określić jako fabularny rollercoaster pełen energii, brutalności i typowo „wolverine’owskiego” mroku, ale zarazem nierówny w tonie i jakości poszczególnych historii. Benjamin Percy ponownie udowadnia, że rozumie Logana jak mało kto, lecz jego scenariusz raz po raz wpada w pułapkę własnych ambicji, balansując między introspekcją, absurdem i nadmiarem treści.
Część skupiona na sojuszu (czy raczej niechętnym partnerstwie) Wolverine’a i Deadpoola, wypada zdecydowanie najlepiej. To segment, który tętni życiem i humorem – Wade Wilson jest tutaj pisany z odpowiednią dozą szaleństwa i autoparodii, a jego interakcje z ponurym Loganem tworzą chemiczną mieszankę, która naprawdę działa. Percy potrafi tu rozbawić, zaskoczyć i dostarczyć świetnej, brutalnej akcji w stylu kina klasy B, przy okazji przypominając, że Wolverine nie musi być wyłącznie męczennikiem. Niestety, druga część, powiązana z wydarzeniem Dzień Sądu, znacząco obniża tempo. Choć pomysł na konfrontację Logana z własnymi grzechami i „boskim osądem” brzmi imponująco, wykonanie okazuje się płaskie i pośpieszne. Brakuje emocjonalnej głębi, a scenariusz sprawia wrażenie, jakby gnał od punktu do punktu, byle tylko zamknąć wątki z większego uniwersum. Wątek Solema i Piekielnej Narzeczonej, to historia, która powinna być kulminacją rozwoju postaci, a staje się tylko efektownym, lecz pustym starciem.

Trudno nie docenić technicznej sprawności Percy’ego, bowiem jego dialogi są dynamiczne, rytm scen przemyślany, a sama narracja ma solidną konstrukcję. Problem w tym, że emocjonalny ton komiksu jest zbyt niestabilny – od błyskotliwej, ironicznej energii Deadpoola przechodzimy do ciężkiej, moralizującej refleksji o grzechu i winie. Tam, gdzie pierwsza część bawi i wciąga, druga męczy i rozczarowuje. Na pochwałę zasługuje natomiast umiejętność scenarzysty do budowania postaci. Jego Wolverine wciąż jest tym samym zmęczonym, ale niezłomnym wojownikiem, który zamiast zbawienia szuka sensu w walce. Niestety, autor momentami popada w autoparodię. Logan brzmi jak przerysowany archetyp samotnego kowboja, co sprawia, że jego wewnętrzne rozterki tracą siłę oddziaływania.
Podsumowując, recenzowany komiks to solidny, ale nierówny tom, który jednych zachwyci intensywnością i humorem, a innych znuży nadmiarem wątków i brakiem emocjonalnej spójności. Dla fanów Wolverine’a i Deadpoola to bez wątpienia pozycja warta uwagi, pełna akcji, brutalnego humoru i świetnych momentów interakcji między bohaterami. Dla reszty czytelników (zwłaszcza tych oczekujących głębszej refleksji nad postacią Logana) może to być lektura frustrująca. Zbyt dużo tu chaosu, zbyt mało emocjonalnej nagrody. Ale jeśli potraktować ją jako czystą, nieco absurdalną zabawę z komiksową konwencją, to mimo wszystko Przeznaczenie X spełnia swoje zadanie – daje chwilę adrenaliny i przypomina, dlaczego Wolverine wciąż pozostaje jednym z najbardziej fascynujących bohaterów Marvela.