Gdzie ja trafiłem?
Nowy Venom, to historia, która próbuje pogodzić dwie skrajności, czyli kameralny dramat rodzinny Eddiego i Dylana z coraz bardziej rozbuchaną, kosmiczną mitologią symbiontów. Efekt jest momentami fascynujący, ale bywa też chaotyczny i trudny do uchwycenia.
Pierwsza połowa tomu skupia się przede wszystkim na relacji ojca i syna. Dylan stopniowo odkrywa własną wyjątkowość – nie tylko jako nosiciel symbionta, ale jako istota obdarzona zdolnościami psychicznymi, które wykraczają poza to, co do tej pory widzieliśmy w tej serii. Równolegle obserwujemy Eddiego, który przemierza tzw. Ogród Czasu, mierząc się z wizją własnej przyszłości jako Bedlama. Ten motyw przeznaczenia, od którego nie sposób uciec, stanowi emocjonalny rdzeń opowieści – bohater podejmuje decyzje z myślą o synu, ale każda z nich zdaje się przybliżać go do katastrofy.

Istotnym elementem tej części jest także rozwijanie mitologii symbiontów. Twórcy kontynuują kierunek zapoczątkowany przez Donny’ego Catesa i Ryana Stegmana, ale idą o krok dalej, wprowadzając bardziej abstrakcyjne, wręcz psychodeliczne koncepcje. Symbionty przestają być jedynie pasożytami – stają się bytami funkcjonującymi na granicy czasu, świadomości i kosmicznego porządku. To ambitne podejście nadaje historii rozmachu, choć momentami odbywa się kosztem przejrzystości. Na tym tle wydarzenia z crossoveru Mroczna Sieć wypadają zaskakująco dobrze. Zamiast rozbijać narrację, zostają one wplecione w główny wątek i wykorzystane do pogłębienia przemiany Eddiego. Jego sojusz z postaciami takimi jak Madelyne Pryor czy Chasm prowadzi go coraz bliżej stania się Bedlamem – co ostatecznie następuje, podkreślając tragiczny wymiar całej historii. Równolegle Dylan przechodzi własną drogę, przyjmując nową formę i tożsamość, co symbolicznie odcina go od roli „dziecka Venoma”.
Druga połowa komiksu skręca jeszcze mocniej w stronę kosmicznej metafizyki. Eddie, rozdarty między swoją ludzką naturą a rolą Króla w Czerni, trafia do dziwnych, pozaczasowych przestrzeni, gdzie spotyka alternatywne wersje samego siebie i próbuje zrozumieć naturę własnego przeznaczenia. Motyw Bedlama zostaje tu rozwinięty w nietypowy sposób – jako byt jednocześnie oddzielny i nierozerwalnie związany z Eddiem, co prowadzi do serii surrealistycznych wydarzeń, w tym walk toczących się równocześnie w różnych wariantach rzeczywistości. W tym samym czasie Dylan funkcjonuje już jako nowy Venom, co pozwala historii na równoległe prowadzenie dwóch perspektyw. Jego wątek jest bardziej „ziemski”, osadzony w relacjach z rodziną Osbornów i próbą odnalezienia się w nowej roli. Kontrastuje to z coraz bardziej abstrakcyjną podróżą Eddiego, która momentami przypomina metafizyczną przypowieść o przeznaczeniu, odpowiedzialności i tożsamości.
Kosmiczny glut w pięciu smakach
Warstwa graficzna to jeden z najmocniejszych, ale też najbardziej nierównych elementów – przede wszystkim dlatego, że album dzieli się wyraźnie na dwie estetyczne części, odpowiadające zmianie głównego rysownika. Pierwszą połowę ilustruje Bryan Hitch i trzeba przyznać, że robi to z charakterystyczną dla siebie dbałością o detale oraz z rozmachem. Jego plansze są dynamiczne, często budowane wokół szerokich kadrów i efektownych splash page’y, które podkreślają skalę wydarzeń. Szczególnie dobrze wypadają sceny rozgrywające się w umyśle Dylana – pełne dziwacznych, unoszących się form i ciężkiej, niemal horrorowej atmosfery, przywodzącej na myśl estetykę spod znaku Hellraisera. Motyw łańcuchów czy organicznych struktur symbiontów buduje tu poczucie obcości i zagrożenia, a jednocześnie przyciąga wzrok swoją pomysłowością.
Hitch świetnie radzi sobie także z operowaniem skalą. W scenach, gdzie Eddie trafia do quasi-baśniowych realiów lub mierzy się z przerośniętymi przeciwnikami, artysta bawi się perspektywą i proporcjami, tworząc widowiskowe, momentami wręcz groteskowe sekwencje akcji. Nie brakuje też drobnych, ale znaczących detali – jak emocjonalne akcenty w projektach postaci czy sugestywne wykorzystanie symbiotycznej „mazi”, która potrafi być jednocześnie efektowna i odpychająca. Dużą rolę odgrywa również kolorystyka Alexa Sinclaira, który często operuje ciepłymi, żółtawymi tonami światła (np. ulicznych latarni), kontrastującymi z czernią symbiontów. Dzięki temu postacie wyraźnie odcinają się od tła, a całość zyskuje bardziej filmowy charakter. Wspierani przez tuszowników, takich jak Andrew Currie czy Scott Hanna, twórcy nadają projektom postaci solidność i trójwymiarowość – szczególnie widoczną w muskularnych sylwetkach i przerysowanej fizyczności symbiontów.

Druga połowa tomu przynosi jednak wyraźną zmianę stylistyczną za sprawą CAFU (właściwie Carlos Alberto Fernández Urbano) – i dla wielu czytelników może to być zmiana na lepsze. Jego kreska jest bardziej nowoczesna, płynna i efektowna, a jednocześnie lepiej współgra z coraz bardziej abstrakcyjną, kosmiczną narracją. Artysta podkreśla monumentalność i „mitologiczny” wymiar historii, nadając Królom w Czerni niemal boski charakter, a scenom większą klarowność wizualną. To właśnie w tej części grafika zaczyna najmocniej wspierać scenariusz. CAFU potrafi uchwycić zarówno dynamikę akcji, jak i bardziej konceptualne elementy – surrealistyczne formy czy symboliczne wizje. Jego projekty są bardziej wyraziste i „ikoniczne”, dzięki czemu nawet najbardziej dziwaczne pomysły (np. abstrakcyjne manifestacje symbiontów) zyskują czytelność i siłę oddziaływania. Współpracujący z nim Pere Pérez oraz Rogê Antônio utrzymują solidny poziom, choć ich wkład jest mniej spektakularny.
Razem możemy być… Venomem
Nowy Venom podobał mi się chyba bardziej niż wychodzący z nim Amazing Spider-Man, ale i tu ocena nie jest jednoznaczna, bo jednocześnie pokazuje siłę tej serii i jej największe problemy. Pierwsza połowa komiksu robi bardzo dobre wrażenie pod względem prowadzenia historii i rozwoju postaci. Wątek Dylana jest angażujący, a stopniowa przemiana Eddiego w Bedlama buduje napięcie i daje poczucie, że wszystko zmierza ku czemuś większemu. Widać też, że scenarzyści mają konkretny plan – wiele wcześniejszych pytań znajduje tu odpowiedzi, a wydarzenia zaczynają się ze sobą spinać. Problem pojawia się jednak w końcówce tej części, gdzie narracja traci impet. Zeszyty mniej skupiają się na bohaterach, a ich powiązanie z Mroczną Siecią wydaje się niewykorzystaną szansą – brakuje poczucia skali i realnego wpływu wydarzeń na świat przedstawiony.

To także tom zdecydowanie mało przystępny dla nowych czytelników. Bez znajomości wcześniejszych części trudno odnaleźć się w emocjonalnym i fabularnym położeniu Dylana czy zrozumieć zasady rządzące tym światem. To seria, która wymaga zaangażowania, ale dla tych, którzy już w niej siedzą, potrafi być satysfakcjonująca. Druga połowa przynosi wyraźne odbicie jakościowe. Skupienie się na jednym scenarzyście nadaje historii większą spójność i kierunek. Widać tu jego charakterystyczny styl znany z Nieśmiertelnego Hulka: zabawę tożsamością bohatera, rozbijanie go na różne „wersje” i eksplorowanie ich w ramach jednej, wielowarstwowej opowieści. Dzięki temu Eddie Brock staje się postacią znacznie ciekawszą, uwikłaną w tragiczne przeznaczenie i funkcjonującą na granicy kosmicznej mitologii.
Nie oznacza to jednak, że wszystkie problemy znikają. Rozbudowane, momentami wręcz przytłaczające uniwersum nadal może odstraszać, a wątek Dylana bywa nielogiczny i przesadzony nawet jak na standardy tej serii. To komiks, który potrafi zachwycić kreatywnością i rozmachem, by chwilę później pogubić się w nadmiarze własnych pomysłów. Mimo tych zastrzeżeń trudno odmówić temu tomowi jednego – potrafi wciągnąć. Dynamiczna akcja, efektowne starcia i coraz wyraźniej zarysowany kierunek fabularny sprawiają, że chce się sięgnąć po kolejne części. To nie jest jeszcze Venom idealny, ale zdecydowanie taki, który zaczyna zmierzać w dobrą stronę.