Świat mnie kupił, postacie sprzedały
Ziemia nie należy już do ludzi. Niegdyś zaludnione metropolie zostały opanowane przez obcą rasę „Neytiba”, która próbuje pozbyć się pozostałych ocalałych. Do akcji wkracza oddział wyszkolonych wojowniczek, zwanych Aniołami, mających za zadanie oczyścić zieloną planetę ze wszystkich cudacznych przedstawicieli pozaziemskiego gatunku. W trakcie szturmu ginie większość oddziału, los ten miał spotkać również główną protagonistkę Eve, jednak ta została uratowana przez Adama – pilota statku i od teraz towarzysza w wyprawie protagonistki.
Konstrukcja świata gry to jedna z najlepszych części produkcji. Dane nam będzie odwiedzić zniszczone miasta, piaszczyste pustkowia, a nawet wnętrza budynków zbudowanych w trakcie walki ludzkości o swój dom. Wszystko to wykonane jest pięknie i z wieloma szczegółami. Sam koncept stworów okupujących planetę jest również interesujący pod względem fabularnym oraz ich wyglądu. Przypominają wyjęte z horroru wynaturzenia, stworzone w laboratorium jakiegoś zbyt ambitnego naukowca pracującego dla Umbrella Corporation. Do tego tła opowieści dochodzi zaawansowana technologia wytworzona przez ocalałych, pracująca na rzecz ułatwienia życia pozostałym przy życiu. Komponuje się to wszystko w angażujący świat, który zaprasza otwartymi drzwiami do poznawania… Niestety w przejściu stoją postacie…
Zarówno postacie pierwszoplanowe oraz drugoplanowe są tak nudne, że przebywanie w ich towarzystwie mogłoby doprowadzić do monologów z samym sobą. Sama Eve nie jest w tym wyjątkiem. Gdybyśmy porównali jakiegoś losowego, wiecznie milczącego żołnierza z któregokolwiek Call of Duty, z Eve, to wyszłoby, że więcej charakteru ma przedstawiciel FPS’a. Ciężko było współczuć tym postaciom, wczuć się w ich sytuację czy nawet chcieć im pomagać. Zwłaszcza, że wykonanie zadań pobocznych też nie dawało żadnej przestrzeni emocjonalnej. Przykładowo mamy misję, gdzie jedna z postaci prosi Eve o pomoc w naprawieniu ważnego dla niego androida, wyglądającego jak człowiek. Po samej aktywności spodziewałem się ckliwego momentu podziękowań za pomoc i głębokiej rozmowy między NPC’tami. To ostatecznie się nie stało, po naprawie robota scena zawierająca podziękowania skończyła się szybciej niż nadzieja na lekcjach matematyki.

Nie płacz Ewka, tylko walcz
Rozgrywka skupiona jest wokół eksploracji, walce oraz aktywnościach pobocznych. Zwiedzając lokacje będziemy natrafiać na wypoczynkowe stacje, działające niczym ogniska w Soulsach. Często też przyjdzie nam wykonać sporą ilość parkouru, by dotrzeć do wyznaczonego celu. Motoryka poruszania się Eve nie jest przesadnie ciężka, głównie należy przyzwyczaić się do „lekkości” postaci. Czasami podczas przeskakiwania między platformami miałem wrażenie, że Eve nie da rady doskoczyć, a skok kończył się nawet dalej niż znajdował się bezpieczny grunt.
Zdecydowanie przyjemniejszym elementem jest walka, oparta na dość standardowych rzeczach jak uniki, parowanie w odpowiednim momencie, ataki słabe czy silne, ale mamy również do dyspozycji szeroki wachlarz umiejętności, wykorzystujących różne zasoby, pozyskiwane właśnie poprzez blokowanie ciosów czy zadawanie obrażeń. Do tego dochodzi robot towarzyszący Eve, który może zmienić się w broń palną, działającą jak pistolet, strzelba, a nawet działo laserowe, wszystko zależy od używanej amunicji. Nawet pojawiają się lokacje, gdzie walka wręcz jest wyłączona i musimy polegać wyłącznie na śrucie. Walka nie tylko daje sporo możliwości działania, ale również jest na tyle wymagająca, że nie raz będziemy kilkukrotnie podchodzić do starć. Zwłaszcza niektóre walki z bossami dadzą nam mocno w kość. Ciężko tu jednak mówić o poziomie porównywalnym do Sekiro: Shadows Die Twice.
W wolnych chwilach od posuwania fabuły do przodu, możemy wyjąć wędkę i złowić dziwne gatunki ryb, dane nam będzie w trakcie eksploracji świata znaleźć puszki po różnych napojach, które Eve chętnie zbierze do swojej kolekcji. Możemy również wykonać zadania klubu fotograficznego i strzelać fotki przy wyznaczonych miejscach, co odblokuje nam różne nagrody, głównie w postaci strojów dla głównej bohaterki. Całościowo gameplay oferuje tyle zawartości i w taki sposób ją podaje, że będziemy chętnie podchodzić do każdej walki, a aktywności przedłużą nieobowiązkowo i nienachalnie czas zabawy dla osób chcących zdobyć 100% osiągnięć.

Głośniej muzykę proszę!
Warstwa wizualna prezentuje się wyśmienicie. Krajobrazy są szczegółowe i często pięknie zdewastowane przez wojnę i czas. Animacje walki zarówno Eve, jak i walczących z nią Neytiba są płynne i dynamiczne, odpowiednio budując tempo walki, zwłaszcza że od naszych ciosów zależy, którą kończynę przeciwnik straci. Dominacja jaskrawych kolorów trochę kłóci się z teoretyczną powagą świata, jednak z drugiej strony nie powoduje to przytłoczenia gracza i pójściem w stronę mrocznej wizji, a bardziej końca z możliwym nowym początkiem. Jest to niewątpliwie piękny, post-apokaliptyczny obraz, któremu towarzyszy jeszcze piękniejsza muzyka. Utwory w wypoczynkowym obozie są niczym zaproszenie do zajęcia odpowiedniego miejsca w restauracji. Czuć w nich spokój, zachęcenie do zrelaksowania się przed dalszą podróżą. A w trakcie walki słyszymy przez grane utwory znaczenie danego starcia, zwłaszcza muzyka podczas potyczek z bossami daje ogromną dawkę epickości. To warstwa audio najlepiej uzupełnia wszystkie elementy Stellar Blade’a i powoduje, że tytuł zostanie zapamiętany na długo.
A jak działa Stellar Blade? Bardzo dobrze. Nie uświadczyłem żadnych zawieszeń, spadków FPS’ów czy wyrzucania na pulpit. Jest to zdecydowanie jeden z lepiej zrobionych portów z Playstation i daleko to od powtórki z The Last of Us Part II, gdzie fora były przepełnione uzasadnionymi narzekaniami na stabilność gry. Projekt EVE ruszył bez żadnych problemów. Zrezygnowano również z konieczności logowania przez PSN. Jest to w pełni opcjonalne.
Ostatecznie Stellar Blade zaoferował mi świetną przygodę z tajemniczym światem, wieloma trudnościami i jednak mało ciekawymi postaciami. Sama rozgrywka, muzyka, jak i piękno zniszczonej Ziemi, były na tyle angażujące, że nawet nie zauważyłem, kiedy pojawiły się napisy końcowe. Port na szczęście dobrze zrobiony i PC może się cieszyć tytułem w pełni, jak rok temu użytkownicy PS5.

Notka poza recenzją: Stellar Blade wywołał w swojej historii sporo kontrowersji za sprawą wyglądu wielu kobiecych postaci, zwłaszcza Eve. Do tego dochodzi możliwość ubierania Eve w, nie ukrywajmy, dość skąpe ubrania. Wiadomo również, że Azjaci podchodzą trochę inaczej do kwestii nagości, niż Amerykanie lub Europejczycy. Podczas ogrywania tytułu nie zmieniałem wyglądu Eve, bo nie miało to dla mnie większego znaczenia. Uważam jednak, że jeśli autorzy chcą taką, a nie inną postać w swojej grze, to taki ich wybór. Z drugiej strony „burza” wokół gier, gdzie niby specjalnie tworzy się nieatrakcyjne postacie, również jest dość zabawna i co ważne, nieuzasadniona. Chociażby kwestia wyglądu protagonistki Horizon: Zero Dawn. Dajmy tworzyć twórców takie postacie, jakie oni mają w planach. W końcu to, czy gra jest dobra, nie zależy od wyglądu postaci, a od historii, gameplayu, błędów itp. W postaci ważniejsze jest to, jak jest napisana, czy jest wiarygodna w swoich czynach, jakie ma cechy. Postać Eve była po prostu nudna i jej wygląd nie zmienia tej oceny.
Grę do recenzji otrzymaliśmy od Polskiego oddziału Playstation, za co bardzo dziękujemy, ale nie wpływa to na ocenę końcową produktu.
