To już szósty i zarazem finałowy tom cavazzanowskiej części Włoskiego Skarbca. Po kilku odsłonach, które prowadziły nas przez najbardziej rozpoznawalne dekady twórczości weneckiego mistrza, dostajemy publikację domykającą wybór pięćdziesięciu historii i stawiającą kropkę nad „i” w tej kolekcji. Tyle że – i to ważne – nie jest to tom „dla każdego, kto chce coś o Donaldzie”. To raczej album dla fanów włoskich Disnejów i dla tych, którzy lubią oglądać, jak legenda rysunku pracuje na planszy.
Finał kolekcji i zmiana perspektywy
Wcześniejsze tomy serii rozpięte były szeroko czasowo: można było śledzić Cavazzano na przestrzeni wielu lat, kiedy jego kreska była najbardziej „dynamiczna” i kojarzona z najbardziej rozpoznawalnym etapem kariery. Ten tom jest inny, bo skupia się na krótszym wycinku i bardziej „ustawia” czytelnika na konkretny zestaw klimatów: sensacja, superbohaterskie echa i świadomość, że oglądamy końcówkę pewnej drogi.
Już na starcie album komunikuje, że to hołd – wprowadzenia i materiały dodatkowe nie są tu ozdobą, tylko elementem budującym znaczenie wydania. To pożegnanie z autorem, który przez pół wieku siedział przy desce, a nie jedynie kolejny „gruby zbiór komiksów”
W tle wyraźnie wybrzmiewa też biograficzny kontekst: Cavazzano to twórca, który startował bardzo wcześnie, ucząc się u samego Romano Scarpy, a potem szybko stał się nazwiskiem „pierwszej ligi” włoskiego Disneya. Ta droga jest tu ważna, bo pomaga zrozumieć, dlaczego nawet przeciętny fabularnie epizod potrafi zachwycić wizualnie – bo rysunek jest tu często głównym bohaterem.
W tomie pojawia się również ciekawy szczegół pokazujący skalę uznania: przypomnienie o 2017 roku i okolicznościowym projekcie związanym z Myszką Miki (m.in. zestaw ilustracji wykorzystywanych w edycjach „pamiątkowych”). To drobiazg, ale dobrze dopina obraz twórcy jako instytucji.

DoubleDuck, Superkwęk i klasyczne starcie dobra ze złem
Ten wolumin mocno korzysta z klimatu, który w pewnym momencie stał się znakiem firmowym włoskich historii: popkulturowa energia, heroiczne alter ego, antagoniści z Czarnym Piotrusiem w pobliżu i poczucie, że to Disney, który lubi „udawać kino sensacyjne”. Najmocniej wybrzmiewa tu jednak DoubleDuck – czyli agentowa odsłona Donalda. I trzeba uczciwie powiedzieć: jeśli ktoś nie przepada za tym wcieleniem, może się z tomem nie zaprzyjaźnić. To nie jest album, który próbuje wszystkich pogodzić. Jedna z dłuższych historii stawia Dubleducka w nietypowym środowisku: muzyka klasyczna, operowe napięcie, zapowiedź porwania, dawna agentura i misja z przykrywką. Brzmi poważnie, ale komiks działa przede wszystkim dzięki kontrastowi: wielkie emocje i prestiż kontra Donald w roli „specjalisty” od kompletnie absurdalnego instrumentu. To przyjemna sensacja z humorem, choć najlepiej smakuje u tych, którzy lubią tę szpiegowską gałąź kaczych opowieści. I co ważne jest to druga historia z nim, więc jakby okazuje dalej genezę tego bohatera.
Druga ważna historia bawi się superbohaterskim motywem w typowo włoski sposób: Donald ma być bohaterem, ale życie wpycha go w bardzo przyziemną robotę. Robot-sobowtór na bramce, chaos, demaskacja . Z kolei Wyspa srebra robi za solidny przygodowy punkt programu – bez rewolucji, ale z poczuciem klasycznej wyprawy. Jest też obecność Czarnego Piotrusia i jego wątku zbrodni, która działa bardziej jako element „kronikarski” i kolekcjonerski niż absolutny hit tomu.

Dwie perełki
1900 to komiks, który zaskakuje, bo idzie w stronę bardziej obyczajowej opowieści. Miki jako muzyk, Goofy jako talent o niecodziennym życiorysie – słynny Nineteen, klimat bardziej melancholijny niż sensacyjny. Ta historia ma w sobie coś „innego” – i dlatego jest jedną z najważniejszych w tomie, nawet jeśli fabularnie jest dość prosta.
Największym wyróżnikiem całego woluminu jest jednak opowieść surrealistyczna, osadzona wokół sztuki Dalego i jego estetyki. To moment, w którym album wychodzi poza „kolejną przygodę” i robi coś wyjątkowego: bierze oryginalne wizerunki disneyowskich postaci i wrzuca je w przestrzeń symbolu, snu i plastycznej dziwności, która pasuje do Cavazzano jak ulał. Dla wielu to będzie główny powód, żeby ten tom mieć.
Tak jak w poprzednich tomach, znaczącą rolę grają dodatki: krótkie wprowadzenia do historii, kulisy, inspiracje i ciekawostki, które porządkują lekturę. Na końcu czeka szkicownik – zestaw grafik, projektów i rysunków, często w „surowej” formie, które pozwalają podejrzeć warsztat mistrza. To właśnie te fragmenty wzmacniają wrażenie, że obcujemy z wydaniem pożegnalnym, a nie przypadkową antologią.
