Afrykańskie klimaty
Kililana song jest takim niepozornym komiksem. Ot zaczyna się od akcji na statku i wyrzuceniu towaru za burtę po przypłynięciu policji. Jednak po tych kilku stronach przechodzimy do głównego bohatera, czyli Naima. To właśnie jego widzimy na okładce komiksu. Jest z niego niezły łobuziak, choć nie da się ukryć, że jest też niebywale zaradny. I umie szybko biegać, dzięki czemu jest w stanie uciec swojemu bratu. Dzięki znajomości miasta może zaszyć się na chwilę i złapać oddech, ale jednego możemy być pewni, nieustępliwy brat i tak go prędzej czy później znajdzie. Wszystko po to, aby zaprowadzić go do Madrasy (placówki edukacyjnej prowadzonej przez muzułmańskich duchownych), dzięki czemu zdobędzie punkty, potrzebne do wejścia do raju (a przynajmniej tak to sobie i nam tłumaczy Naim). Dzięki tej ucieczce, mamy możliwość wraz z protagonistą poobserwować życie w afrykańskim mieście. Od samego początku poczułem ten klimat – moim zdaniem niemal w każdym kadrze widać, że to nie jest fikcja, lecz efekt realnych podróży autora po tych regionach. Doświadczenie, jakie nabył Benjamin Flao, punktuje w tym komiksie. Dzięki temu, osoby, które pewnie nigdy nie odwiedzą tego zakątka, mają możliwość zanurzyć się w tym niezwykłym świecie.

Niesforny Naim
Najlepsze jest to, że Benjamin Flao pod płaszczykiem historii o Naimie przemyca całą masę intrygujących wątków rozgrywających się na drugim planie. Mamy choćby prostytutki, przemytników, dżihadystów, turystów (w tym jednego mocno uzależnionego od wszelkich narkotyków), inwestorów, chcących postawić pierwszy hotel w Lamu… A to nie wszystkie istotne postacie! Dodajmy do tego starca, który jest ostatnim strażnikiem kości ludowego bohatera. Tu się splata tyle ciekawych wątków, postaci i elementów, że nie sposób o nich wszystkich opowiedzieć. A nawet nie chcę tego robić. Chciałbym, abyście Wy Drodzy Czytelnicy sięgnęli po Kililana song, abyście, jak ja, mogli się zachwycić tym żywym, prawdziwym, fascynującym światem. I jeszcze ten mocny finał (mogę jedynie zdradzić, że niepozorna scena z początku komiksu prowadzi do takiego, a nie innego zakończenia), po którym z pełną satysfakcją odłożyłem tę pozycję na półkę. Ta przecudna powieść graficzna jest moim największym odkryciem tego roku. Patrząc po opisie czy nawet okładce, w życiu nie spodziewałbym się, że ten komiks dostarczy mi tyle emocji, tyle przyjemności.

Uroki Kenii
Benjamin Flao nie dość, że jest świetnym scenarzystą, to i wybitny z niego rysownik. Już sama okładka – z tym rozrastającym się w każdą stronę drzewem – robi wrażenie. Jednak, gdy tylko otworzymy komiks, to zobaczymy jeszcze więcej przepięknych ilustracji. Każdy kadr prezentuje się przecudownie, ale największy podziw wzbudzają sceny całostronicowe, czy też rozkładówki. Benjamin przede wszystkim potrafi uchwycić piękno i grozę oceanu. Wzburzone wody w jego wykonaniu pokazują w całej okazałości potęgę tego żywiołu. Żeby jednak ktoś nie pomyślał, że Flao jest jedynie świetnym obserwatorem natury, otóż nie. Kenijskie miasta w jego wykonaniu wyglądają jak żywe. Patrząc na te ilustracje, czułem afrykański klimat, wręcz miałem wrażenie, że przeniosłem się do Lamu. Najlepsze w tym wszystkim, że co Benjamin Flao ma do zaoferowania o wiele więcej, ponieważ na łamach tego komiksu pojawiają się też kadry przedstawiające wizję czy sceny bardziej metaforyczne. I zostało to narysowane trochę w innym stylu! Tu za przykład może posłużyć ogień, a konkretnie, to co Naim dostrzega w nim… Dla mnie to jeden z najpiękniejszych komiksów (minimalnie przegrywa tylko z Pralnią) wydanych w 2025!

Czy warto zapuścić się w kręte uliczki Lamu?
Kiliana Song przede wszystkim zachwycił mnie od strony graficznej. Te wszystkie kadry są po prostu przepiękne. Nawet tę, na pierwszy rzut oka prostą, rozkładówkę ukazującą statek płynący po spokojnych falach chętnie powiesiłbym sobie na ścianie. Gdy już jednak przejdą nam zachwyty nad warstwą wizualną, to zostaje jeszcze historia, w którą się po prostu wsiąka. Niby na pierwszy rzut oka to przede wszystkim przygody jednego niesfornego łobuza, ale ile tutaj przy okazji Flao dodaje elementów i intrygujących wątków – w tle dzieją się istotne sprawy dla całego regionu. I jeszcze dorzuca do tego legendę o wielkoludzie. Po prostu ten komiks mnie oczarował. Niby bardziej preferuję fantastykę, ale w 2025 roku Kiliana Song to była dla mnie najprzyjemniejsza odskocznia od moich ulubionych gatunków. Mam nadzieję, że Mandioca nie zamierza poprzestać jedynie na tym komiksie, tylko już planuje wydanie kolejnych dzieł Benjamina Flao. Jak tylko się pojawi następna jego powieść graficzna, od razu będę ją brał!
Komiks do recenzji dostarczyło wydawnictwo Mandioca, za co bardzo dziękujemy, ale nie wpływa to na ocenę końcową produktu.