Drugi tom w Energon Universe to sygnał, że zaczyna się układanie świeżego status quo: nowi (i „odświeżeni”) Joes, kolejne tarcia z Cobrą, a do tego roszady po stronie twórców i coraz mocniejsza obecność Transformersów. G.I. Joe. Zemsta Bludda działa jak solidny węzeł łączący wątki całego uniwersum – trochę jak nexus, w którym spotykają się ludzie, roboty, konflikty i ambicje. I choć album potrafi być nierówny wizualnie, scenariusz Joshui Williamsona pewnie trzyma ster aż do ostatnich stron.
Nowy podział sił
Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się proste: G.I. Joe mają wsparcie Autobotów, a Cobra liczy na Decepticony. Tyle że to sojusze z gatunku tych „na wczoraj”, bo w tle czai się najważniejsza waluta tej rzeczywistości: Energon. Bez niego technologia gaśnie, a roboty nie są w stanie długo utrzymać pełni możliwości. Ziemia staje się areną dla kosmicznego sporu, co natychmiast przestawia hierarchię sił: pojawia się bardziej zaawansowana broń, zmieniają się priorytety, a dawne reguły przestają obowiązywać. W starciu metal kontra ciało ludzie z definicji są na przegranej pozycji, więc każdy szuka przewagi, zanim zostanie zmieciony z planszy.
Zemsta jako paliwo fabuły
Centralną figurą tomu jest Major Bludd – postać dobrze znana fanom, ale sportretowana tu ciekawiej niż typowy „zły od wynajęcia”. To nie antagonista, którego da się streścić chciwością albo chęcią dominacji. Napędza go obsesja odpłaty za osobiste upokorzenia i straty (w tym wątek oka, który staje się wręcz symbolem jego prywatnej wojny). Williamson buduje Bludda jako czynnik chaosu: najemnika z brakiem wiary w ideologie, nielojalnego i bez cierpliwości do wielkich haseł. Dzięki temu każda jego decyzja potrafi rozhuśtać sytuację – zwłaszcza że jego zemsta najpewniej uderzy w samą Cobrę, zaogniając konflikt także „po stronie łotrów”.
Najmocniejszym smaczkiem tomu jest wyraźne zarysowanie Night Force – tajnego oddziału G.I. Joe działającego bardziej jak ekipa do zadań specjalnych niż klasyczna formacja frontowa. Ten klimat „Mission: Impossible w mundurze” świetnie pasuje do Energon Universe, bo pozwala opowiadać o wojnie nie tylko przez wybuchy, ale i przez infiltracje, kradzieże, skoki na głęboką wodę oraz brudne kompromisy. W tym wszystkim pojawia się też Raptor – figura efektowna, nieco komiksowo przerysowana, ale wpisująca się w ton albumu, który lubi widowiskowość (także w bardzo „pocztówkowych” sceneriach, jak akcja w Paryżu).

Scenarzysta trzyma emocje, gdy obraz bywa nierówny
Największą siłą Williamsona jest sposób, w jaki potrafi budować relacje i „eksponować” je ponad samą bijatykę. Dynamika Cover Girl i Baroness ma w sobie fajne napięcie (zwłaszcza w kontekście nowego status quo, gdzie Baroness funkcjonuje po stronie Joe), a zestawienie Clutcha z Autobotem Houndem to dokładnie ten typ mostu między „ludzkim” i „robotycznym”, który w Energon Universe jest na wagę złota. Co ważne: scenarzysta sprawia wrażenie, jakby naprawdę umiał dogadać się z różnymi rysownikami – tak, by każda część historii miała własną energię, ale nie rozsypała tomu na przypadkowe epizody.
Warstwa graficzna to najbardziej dyskusyjny element zbioru. Andrea Milana wypada najlepiej tam, gdzie może „zagrać” mrokiem – noc, ciemne wnętrza, kontrasty – wtedy kadry mają pazur i potrafią wyglądać świetnie (zwłaszcza w materiale otwierającym i w okolicach zeszytu siódmego). Środek tomu potrafi być mniej równy, ale finał znów wskakuje na wyższy poziom, szczególnie gdy na scenę mocniej wchodzą Transformersy – ich skala i ciężar są oddane naprawdę efektownie. Marco Foderà w końcówce trzyma solidny standard: pozbawione fajerwerków, ale za to bez zgrzytów. A Lee Loughridge jako kolorysta pełni rolę cichego stabilizatora całej książki – to właśnie barwa często spaja tom i podbija to, co u Milany działa najmocniej.
G.I. Joe. Zemsta Bludda to akcyjniak z ambicją bycia czymś więcej niż serią bijatyk – publikacja, który sensownie scala Energon Universe i jednocześnie ustawia pionki na nową fazę konfliktu. Jeśli lubisz, gdy w komiksie oprócz strzelania jest też układanie sojuszy, budowanie relacji i rosnąca stawka „o przyszłość świata” – Williamson spełnia oczekiwania. A nawet jeśli nie każda plansza wygląda równie mocno, tempo i kierunek opowieści potrafią wciągnąć do końca.
