Jesteś czarodziejem, Harry… ehm… Szymku
Jako że znowu przypada mi pisanie recenzji gry, która w mniejszym, bądź większym stopniu nawiązuje do oryginału, to zacznę od tego, że osoby, które nigdy wcześniej nie grały w grę z Simonem… ehmm… Szymkiem (tytuł oferuję polską wersję językową, co jest zawsze na plus), nie mają się czego obawiać, ponieważ Origins to ponowne wprowadzenie do historii tytułowej postaci. Sam zresztą jakoś nigdy nie miałem okazji zagrać w kultowego klasyka z 1993 roku – to moje pierwsze zetknięcie z tą serią, chociaż wiele o niej słyszałem i zdarzało mi się oglądać gamepleye z niej. Tym oto, może trochę, zbyt długim wstępem, przechodzimy do tego, co tygryski lubią najbardziej, czyli „mięska”.
W grze wcielamy się w nastoletniego Szymka. Chłopaka wyrzucono ze szkoły za zbyt „eksperymentalne” podejście do życia. Wraz z matką przeprowadza się do nowego domu, a gracz ma okazję poznać go w momentach typowych dla młodzieńczej frustracji i sarkazmu. Wkrótce jednak Szymek natrafia na tajemniczy, świecący portal, który przenosi go do zupełnie innego świata – magicznej krainy pełnej czarodziejów, potworów i… absurdalnych sytuacji.
To właśnie tutaj zaczyna się właściwa przygoda – pełna humoru, autoironii i licznych nawiązań do klasyków gatunku. Bohater trafia pod skrzydła czarodzieja Calypso, który przepowiada, że „bezczelne dziecko z innego świata pomoże odnaleźć zaginione księgi Pierwszego Czarodzieja”. To prosty, ale skuteczny punkt wyjścia do całej historii, w której nasz protagonista, z typową dla siebie zuchwałością i brakiem pokory, niechętnie podejmuje rolę wybrańca. Na swojej drodze Szymek spotyka barwną galerię postaci zarówno zupełnie nowych, jak i tych, które starsi gracze mogą kojarzyć z poprzednich części. Pojawia się oczywiście Sordid, kultowy antagonista serii, choć w wersji młodszej, dostosowanej do chronologii prequela. Towarzyszy nam również wierny pies Zadzior, a relacje między bohaterami przyprawiono solidną dawką sarkazmu i ciepłego absurdu, tak charakterystycznego dla brytyjskiego humoru (mimo włoskiego pochodzenia studia).

Świat przedstawiony w Origins to połączenie klasycznego fantasy z elementami metanarracji. Gra często igra z konwencją – Szymek nieustannie przełamuje czwartą ścianę, komentując wydarzenia, decyzje gracza czy wręcz samą logikę twórców. W jednym z pierwszych dialogów, gdy spotyka Calypso, z entuzjazmem mówi: „To ja, Szymek! Nie pamiętasz mnie?”, na co czarodziej odpowiada z lekkim zniecierpliwieniem: „To prequel. Jeszcze się nie spotkaliśmy”. To humorystyczne podejście nie tylko rozładowuje powagę fabuły, ale też pokazuje, że gra jest w pełni świadoma swojej roli – tytułu, który ma złożyć hołd przeszłości i jednocześnie otworzyć nowy rozdział dla marki.
Choć sama historia nie wywraca gatunku do góry nogami, to działa jak solidna ramka dla nostalgicznej podróży. Fabuła rozwija się w dobrze znanym rytmie, czyli mamy młodego bohatera, magicznego mentora, tajemniczą przepowiednię, rosnące zagrożenie i oczywiście mnóstwo absurdalnych zadań logicznych. Jednak śmiem twierdzić, że największą siłą Origins nie jest to, co opowiada, lecz jak to robi. Narracja utrzymana jest bowiem w duchu klasycznych przygodówek lat 90., pełna żartów sytuacyjnych, gier słownych i ironicznych komentarzy głównego bohatera, który potrafi kpić nawet z własnych motywacji. Szymek bywa niegrzeczny, arogancki i leniwy, ale właśnie to czyni go tak autentycznym. W jednej ze scen odmawia rozmrożenia ucznia magii, bo „tak wygląda lepiej” (radzę wsłuchiwać się w angielski dubbing, bo gier słownych jest tu sporo, a polskie tłumaczenie tego moim zdaniem nie oddaje), w innej narzeka graczowi, że zmusza go do nauki magicznego języka. W wielkim skrócie powiem, że całość przypomina nieco Monkey Island spotykające Świat Dysku, tyle że z większą dozą autoironii i młodzieńczego chaosu.
Hokus pokus i inne zaklęcia
Dobrze, a jak się w to gra? Simon the Sorcerer Origins, jak już wspomniałem, w pełni oddaje ducha klasycznych przygodówek point-and-click, ale przy tym stara się nieco odświeżyć ich formułę. Przez około dziesięć godzin rozgrywki gracz zbiera przedmioty, rozwiązuje zagadki i eksploruje kolorowe lokacje, pełne absurdalnych detali i postaci, które wyglądają, jakby żywcem wyszły z ilustracji Terry’ego Pratchetta. W centrum wszystkiego stoi oczywiście magiczny kapelusz Szymka. To nie tylko jago ekwipunek, ale także element interfejsu, w którym znajdziemy dziennik celów i mapę świata. Ta ostatnia pozwala na szybkie podróże między odkrytymi lokacjami, a jej zabawny detal – pinezka wypadająca z mapy do prawdziwego świata – to uroczy przykład autotematycznego humoru, z którego seria od zawsze słynęła.
Trzonem rozgrywki są jednak zagadki, momentami logiczne, a chwilami… cóż, bardzo oldschoolowe. Większość łamigłówek opiera się na sensownych kombinacjach przedmiotów i obserwacji otoczenia, jak choćby pomysłowe zadanie, w którym trzeba przywiązać sznurek do magnesu i wydobyć klucz z odpływu. Niestety, trafiają się też przykłady „growej logiki”, które potrafią skutecznie zatrzymać gracza – zdarzało się czasem, że musiałem uciekać się do użycia wszystkich przedmiotów, jakie miałem, na cokolwiek, co przyszło mi do głowy, ponieważ po prostu nie mogłem wymyślić właściwego sposobu na przejście dalej. Dlatego właśnie brak systemu podpowiedzi może być tu dla niektórych bolesnym przypomnieniem o tym, jak wyglądały gry przygodowe trzy dekady temu (temat ten rozwinę potem, bo jest to najprawdopodobniej największa wada omawianego tytułu). Z drugiej strony, Szymek od czasu do czasu komentuje nasze próby rozwiązania zagadki, co stanowi subtelne, ale przyjemne wsparcie.

Nowością w Origins jest możliwość nauki zaklęć i odblokowywania kolejnych wersji kapelusza czarodzieja, które wpływają na działanie niektórych przedmiotów. To niewielki, ale odświeżający dodatek do klasycznej formuły, który wprowadza do rozgrywki element progresji, a jednocześnie dobrze wpisuje się w konwencję świata fantasy. Zagadki z czasem stają się coraz bardziej złożone, a dostęp do nowych obszarów zachęca do eksploracji i myślenia przestrzennego. Jeśli chodzi o sterowanie, twórcy z włoskiego Smallthing Studios dali graczom sporą swobodę. Origins można przejść zarówno w klasycznym trybie „wskaż i kliknij”, jak i w trybie bezpośredniej kontroli postaci, w którym poruszamy Szymkiem za pomocą drążka analogowego. Gra świetnie sprawdza się na Steam Decku i padzie – przytrzymanie spustu pozwala podświetlić aktywne punkty, a bumpery ułatwiają przełączanie się między nimi. Wersja pecetowa wspiera też sterowanie dotykowe i oferuje liczne opcje dostępności: powiększenie czcionki, zmianę tła czy dodatkowe efekty wizualne.
Elementem, który może irytować, jest powolne tempo poruszania się Szymka. Jedno kliknięcie sprawia, że bohater idzie, a dopiero drugie przyspiesza go do biegu – trudno zrozumieć, dlaczego to szybsze tempo nie jest ustawione domyślnie, skoro przemieszczanie się jest podstawą zabawy. Na szczęście gra częściowo rekompensuje to systemem szybkiej podróży i niewielkimi obszarami, w których trudno się zgubić. Interakcje z otoczeniem są na szczęście intuicyjne, a kontekstowy kursor eliminuje problem „polowania na piksele”, znany z dawnych gier przygodowych. Świat zresztą wypełniony jest dziesiątkami aktywnych punktów. Niektóre są kluczowe dla fabuły, inne służą wyłącznie humorystycznym komentarzom bohatera. Dzięki temu nawet najdrobniejsze kliknięcie potrafi dostarczyć małej nagrody w postaci żartu lub wizualnego smaczku. Szkoda tylko, że te punkty są widoczne tylko, wtedy, gdy znajdują się w polu widzenia naszego bohatera. No i co z tego? Ano jeśli są nieznacznie poza zasięgiem, nie pojawią się, dopóki postać gracza się nie poruszy, co może powodować pewne zamieszanie i frustrację, jeśli zbyt mocno przyzwyczaimy się do działania polegającego na rzucaniu zaklęć w swoim bezpośrednim otoczeniu. W efekcie można utknąć w jakimś fragmencie, bo wydało nam się, że już weszliśmy w interakcje ze wszystkim, czym się da, a i tak nie możemy popchnąć fabuły do przodu.
Retro magia w natarciu
Styl graficzny ma w sobie coś ze wspomnianego wcześniej Return to Monkey Island, czyli jest stylizowany, nieco kanciasty, ale niezwykle uroczy. Zdarza się, że podczas zbliżeń widać pewne niedoskonałości modeli czy animacji, jednak trudno uznać to za poważną wadę, bo Origins nadrabia to wyrazistym projektem postaci i świetnym wykorzystaniem koloru. Kamera czasem oddala się tylko po to, by gracz mógł podziwiać całą scenę i są to momenty, które wyraźnie pokazują, ile serca włożono w warstwę wizualną. Zresztą, nieprzypadkowo w zespole znaleźli się artyści pracujący wcześniej przy filmie Klaus z 2019 roku i to czuć w każdym kadrze.

W warstwie dźwiękowej również jest bardzo dobrze. Gra jest bowiem w pełni udźwiękowiona, a największą atrakcją dla wielbicieli serii jest powrót Chrisa Barriego – aktora znanego m.in. z filmowych adaptacji przygód Lary Croft, gdzie wcielał się w postać Hillara, czyli lokaja pani archeolog. Ponownie użyczył on głosu Szymkowi po ponad dwóch dekadach. Choć dziś Barrie ma ponad sześćdziesiąt lat i jego głos brzmi znacznie dojrzalej niż jedenastolatka, którego gra, to jego sarkastyczny ton i brytyjski akcent idealnie pasują do ducha postaci. Jego bohater to nadal zgryźliwy, nieco zmęczony życiem chłopak, który częściej komentuje świat niż faktycznie się nim zachwyca.
Jednak nie wszyscy aktorzy dorównują Barrie’emu. Niektóre drugoplanowe postacie, jak Calypso, brzmią zbyt płasko lub teatralnie, ale całość trzyma solidny poziom. Na szczególne wyróżnienie zasługuje Taher Chy w roli Sordida, który wypada zaskakująco charyzmatycznie i budzi respekt nawet wtedy, gdy pojawia się tylko na chwilę. Efekty dźwiękowe również robią wrażenie – od skrzypienia drewnianych podłóg, przez rechot żab, po dźwięk wody święconej spuszczanej z kościelnego „dozownika” – wszystko ma w sobie nutę humoru i lekkości, która pasuje do tego magicznego świata. Na uznanie zasługuje też ścieżka dźwiękowa autorstwa Masona Fishera, będąca mieszanką kapryśnych, bajkowych motywów z melancholijnymi, czasem nawet mrocznymi utworami. Muzyka nigdy nie przytłacza, ale subtelnie podkreśla klimat każdej sceny – czy to ciepły wieczór w magicznej wiosce, czy eksploracja mrocznego lasu.
Czy kiedyś się jeszcze zobaczymy, Szymku?
Czas więc na podsumowanie i dodanie trochę dziegciu do tej beczki miodu… Simon the Sorcerer: Origins to powrót do klasycznej formuły przygodówki point-and-click. Takiej, która z jednej strony bawi, a z drugiej potrafi wystawić cierpliwość na próbę. Dla fanów oryginału to bez wątpienia nostalgiczna podróż w czasie, pełna sarkastycznego humoru, absurdalnych dialogów i trudnych łamigłówek, ale dla nowych graczy może okazać się miejscami nieco zbyt hermetyczna.
Zacznijmy jednak od tego, że gra emanuje pasją. Czuć, że Smallthing Studios stworzyło ją z miłości do klasycznych przygodówek i samej postaci Szymka – młodego, aroganckiego czarodzieja, który z każdej sytuacji wychodzi z ciętą ripostą. Twórcom udało się uchwycić ducha oryginału, w tym typowo brytyjskie poczucie humoru, które przetrwało próbę czasu. Już samouczek potrafi rozbawić, a szyldy sklepów czy komentarze gł. bohatera co chwila wywołują uśmiech. Nie każdy żart trafia w punkt, ale dowcipy są na tyle częste i pomysłowe, że trudno się nudzić. Pod względem mechaniki Origins jest wierny korzeniom gatunku, bowiem eksploracja, zbieranie przedmiotów i rozwiązywanie zagadek to trzon rozgrywki. Niestety, niektóre z tych łamigłówek bywają zbyt nielogiczne lub źle zasygnalizowane.
Gra potrafi bowiem zablokować postęp, jeśli gracz nie kliknie w odpowiedni element, co prowadzi do momentów frustracji. Przykłady jak zagadka z miksturą nasenną czy atramentową mątwą pokazują, że twórcy nie zawsze pamiętali o współczesnych standardach. Brak systemu podpowiedzi, historii dialogów czy wskazówek (innych niż komentujący Szymek: „Dlaczego miałbym to zrobić?” i „To nie ma sensu”) powoduje, że trzeba czasem spędzić długie minuty na metodzie prób i błędów, czy robieniu faktycznych notatek. Szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę różne możliwości rozwiązania zagadki, takie jak nakładanie innego kapelusza, który może zmienić niektóre przedmioty w ekwipunku. W efekcie może to zniechęcić, chyba że lubi się wyzwania. Mimo to, uczucie satysfakcji, gdy uda się rozwiązać trudną łamigłówkę, jest ogromne. Te momenty sprawiają, że nawet najbardziej frustrujące etapy zostają w pamięci jako małe triumfy. Dziennik bohatera i system szybkiej podróży (ozdobiony świetnym, humorystycznym detalem z gigantyczną pinezką) ułatwiają nieco życie i wprowadzają lekkość w eksploracji świata.

Tempo gry jest raczej powolne, bo Szymek chodzi ospale, a przycisk biegu często przestaje działać w kluczowych momentach. To potrafi wybić z rytmu, szczególnie gdy gra wymaga szybszego poruszania się. Z drugiej strony, to spokojne tempo współgra z charakterem gry –tytułu, który zachęca do cierpliwości, obserwacji i rozkoszowania się klimatem. Dla wieloletnich fanów seria wraca w świetnej formie, bowiem jest pełna odniesień do poprzednich części, literatury fantasy, popkultury i klasyków pokroju Monty Pythona, Władcy Pierścieni, Gry o Tron czy Lovecrafta. Ciężko się nie uśmiechnąć, gdy widzi się plakat głoszący: „Oryginalny, autentyczny, unikalny Jedyny Pierścień. Do wyczerpania zapasów”, a jest tego o wiele więcej. Nowicjusze też znajdą tu coś dla siebie: solidny scenariusz, błyskotliwe dialogi i satysfakcję płynącą z rozwiązywania coraz bardziej złożonych zadań.
Choć momentami archaiczny, Simon the Sorcerer: Origins udowadnia, że klasyczna formuła przygodówki nadal ma sens, o ile gracz jest gotów na trochę cierpliwości i sporo humoru. To list miłosny do gier LucasArts i Adventure Soft, który potrafi zarówno rozbawić, jak i wyprowadzić z równowagi. W efekcie dostajemy grę uroczą, zabawną i pełną serca, ale także wymagającą, zwłaszcza dla tych, którzy nie wychowali się na klasykach point-and-click. Dla miłośników gatunku to powrót, na jaki Szymek zasługiwał, a dla reszty – okazja, by odkryć, dlaczego trzy dekady temu gracze zakochali się w bezczelnym czarodzieju o ciętym języku. A kto wie, może jeszcze go zobaczymy?
Grę do recenzji otrzymaliśmy dzięki PR Hound, za co bardzo dziękujemy, ale nie wpływa to na ocenę końcową produktu.