Symbiont powraca w nowej odsłonie – pełnej body horroru, podróży w czasie i niełatwych relacji między ojcem a synem. Venom Tom 1 to początek historii, która odważa się wyjść poza znany schemat i budować własną mitologię.
Jaki ojciec, taki syn
Omawiany komiks to nowy rozdział w historii Venoma, który odważnie stawia na dwóch bohaterów – Eddiego i jego syna, Dylana Brocka – jednocześnie rozdzielając ich losy na dwa zupełnie odmienne tory narracyjne. Al Ewing i Ram V przejmują pałeczkę po Donnym Catesie i Ryanie Stegmanie, którzy wynieśli Venoma na niespotykany dotąd poziom popularności, i od razu widać, że ich podejście do postaci jest inne. Pierwsze zeszyty to mocna zmiana tempa – Eddie, świeżo po wydarzeniach King in Black, zostaje tytułowym Królem w Czerni i rozpoczyna patrolowanie kosmosu jako istota niemal boska, posiadająca władzę nad symbiotami i dostęp do zbiorowej świadomości całej rasy. Równolegle Dylan musi zmierzyć się z dorastaniem na Ziemi i ciężarem dziedzictwa ojca, pozostając sam na sam z symbiontem, który wcale nie okazuje się być wiernym towarzyszem, lecz groźnym i nieprzewidywalnym kosmitą. Ten kontrast – boska perspektywa ojca oraz ziemska, bardziej ludzka droga syna – stanowi fundament nowej serii.
Na przestrzeni tomu Ewing i Ram V mieszają wątki kosmiczno-psychodeliczne z kameralnym dramatem nastolatka, a w tle powracają dobrze znani przeciwnicy, jak Fundacja Życia pod wodzą Carltona Drake’a. Pojawia się też Sleeper (kot-symbiont) dodający opowieści lekkości i nieco humoru. Dylan wpada w tarapaty, ucieka, walczy oraz mierzy się z pytaniem, czy kiedykolwiek może stać się prawdziwym bohaterem, podczas gdy Eddie wikła się w coraz bardziej skomplikowaną sieć podróży w czasie i paradoksów związanych z tajemniczymi nowymi symbiontami.

Venom balansuje na granicy kosmicznego horroru oraz młodzieżowego dramatu superbohaterskiego. Z jednej strony mamy ogromne stawki, podróże przez czas i przestrzeń, wielkie tajemnice symbiontów, z drugiej – intymną, pełną napięć relację ojca oraz syna, w której nie ma miejsca na łatwe rozwiązania. To ambitne podejście – nie zawsze równie emocjonujące w każdym numerze – ale z pewnością budujące solidne fundamenty pod długą, wielowątkową opowieść.
Król w czerni i… w paru innych kolorach
Za stronę wizualną komiksu odpowiada Bryan Hitch, wspierany m.in. przez Andrew Currie (tusze) oraz Alexa Sinclaira (kolory). To nazwiska, które od razu kojarzą się z superbohaterskim rozmachem, i rzeczywiście rysunki od początku zdradzają rękę doświadczonego twórcy. Hitch prezentuje Venoma w imponującej, muskularnej formie, a jego kadry pełne są dynamiki oraz przejrzystości. Szczególnie dobrze wypadają sceny kosmiczne – monumentalne, pełne szczegółów, gdzie artysta może rozwinąć skrzydła i pokazać swoje zamiłowanie do „szerokoekranowych” kadrów. Jednocześnie Hitch wprowadza element grozy i surrealizmu. Tajemniczy symbiont podróżujący w czasie został narysowany tak, by budził niepokój – złowrogi, demoniczny, obcy w każdym detalu. Niektóre jego formy przypominają koszmarne wizje z filmów Davida Cronenberga, a scena kontaktu z Dylanem ma w sobie autentyczną atmosferę body horroru. Dzięki kolorom Sinclaira i subtelnemu cieniowaniu Currie’ego całość nabiera psychodelicznej intensywności, która dobrze współgra z horrorem wpisanym w scenariusz Ewinga.
Niektórzy czytelnicy mogą jednak odczuć, że rysunki Hitcha nie zawsze wykorzystują pełen potencjał postaci. Jego Venom bywa statyczny i mniej organiczny niż w mackowatych, niemal płynnych interpretacjach wcześniejszych twórców. Brakuje też momentami głębi oraz kompozycyjnego rozmachu, które cechowały poprzednią serię Catesa i Stegmana. W bardziej kameralnych scenach, gdy fabuła skupia się na Dylanie, ilustracje sprawiają wrażenie stonowanych, jakby Hitch czuł się pewniej w monumentalnych bitwach niż w osobistych dramatycznych kadrach.

Druga połowa tomu pozwala jednak artyście pokazać większą różnorodność. Bedlam – ogromny, krwistoczerwony i przerażający – wypada znakomicie i naprawdę przykuwa uwagę. Obok niego pojawiają się inne nowe postacie symbiontów, z których każda ma wyraźnie odmienny charakter wizualny: od żałosnego, gollumopodobnego stworzenia po pewnego siebie, narcystycznego Meridiusa. Ta paleta różnorodnych projektów pokazuje, że Hitch potrafi nadać każdemu z nich indywidualne cechy, co wzbogaca całość i sprawia, że nowa mitologia symbiontów staje się bardziej namacalna. Nowy Venom pod względem graficznym to więc połączenie solidnej, klasycznej szkoły superbohaterskiej z momentami niepokojącego horroru oraz psychodelii. Choć nie zawsze wykorzystuje pełnię potencjału, to w kluczowych momentach dostarcza obrazów, które zapadają w pamięć i budują unikalny klimat tej opowieści.
Dobry początek?
Omawiany komiks to otwarcie nowej ery w historii Venoma – odważne, pełne ambicji i wyraźnie odmienne od tego, co proponował Donny Cates. Ewing oraz Ram V wyraźnie dzielą opowieść między kosmiczne, pełne paradoksów science fiction oraz ziemski dramat dorastającego Dylana. Ta konstrukcja ma w sobie duży potencjał, choć nie zawsze wypada równo. Z jednej strony Eddie Brock jako Król w Czerni daje scenarzystom pole do eksperymentów z podróżami w czasie, horrorem i redefinicją mitologii symbiontów. Z drugiej – Dylan, choć w centrum fabuły, na razie pozostaje bohaterem niedostatecznie rozwiniętym. Jest więcej obserwatorem wydarzeń niż aktywnym ich sprawcą, a jego relacja z symbiontem, choć interesująca oraz pełna napięć, wymaga pogłębienia. Pod względem tempa narracja nie zwalnia ani na chwilę – co działa zarówno na korzyść, jak i na niekorzyść tomu. Dynamiczne przeplatanie kosmicznej grozy i ziemskich dramatów nie pozwala się nudzić, ale momentami odbiera przestrzeń na pełniejszą eksplorację postaci, przez co Dylan wypada jak „czysta karta”. To element, który (jeśli zostanie rozwinięty w kolejnych częściach, na co mam nadzieję) może okazać się największą siłą całej serii.

Rysunki Bryana Hitcha dobrze uzupełniają tę wizję – monumentalne sceny akcji i projektowanie nowych, budzących grozę symbiontów stoją na wysokim poziomie, choć w bardziej kameralnych sekwencjach brakuje czasem intensywności oraz organicznej dzikości znanej z poprzedniej odsłony. To jednak solidna, klasyczna superbohaterska oprawa wizualna, która momentami naprawdę potrafi zachwycić. Nie brakuje też elementów, które mogą budzić mieszane uczucia – część rozwiązań fabularnych wydaje się zbyt „odjechana”, a niektóre szczegóły scenariuszowe mogą razić brakiem spójności z szerszym światem Marvela. Jednak całość nadrabia intrygującą mitologią, kontrastem między ojcem a synem oraz wyraźnym kierunkiem, w którym twórcy chcą poprowadzić Venoma.