Rycerski Batman
Tom Taylor wpadł na genialny pomysł i postanowił przenieść uniwersum DC do średniowiecza. Koncept od razu mnie ujął, zatem sięgnąłem po Mrocznych Rycerzy ze stali, bo byłem ciekawy, czy tak uznany scenarzysta podołał wyzwaniu. Sama historia zaczyna się niczym opowieść o Supermanie, czyli od eksplozji Kryptonu. Tylko że tym razem ocalał nie tylko Kal-El, ale też jego rodzice. Wylądowali oni na Ziemi w klimatach fantasy (poza mieczami, jest też magia, pegazy i smoki). Początkowo ukrywali się, ale w końcu dołączyli do Królestwa władanego przez Wayne’ów, którego po pewnych perturbacjach zostali władcami. Na ich nieszczęście niejaki Constantine miał wizję, w której przybysze z kosmosu doprowadzą do zagłady Ziemię. I tak z biegiem lat jedno królestwo pod rządami Supermenów kwitło, do czasu, gdy władca Królestwa Burzy nie postanowił zacząć działać. Wysłał skrytobójcę, aby zabił rodziców Kal-Ela. I od tego momentu zaczyna się wszystko sypać, a spirala nienawiści i przemocy stale się rozkręca.

Zamiast wieżowców zamki…
Pomysł mi się spodobał. Cieszę się, że mogłem zobaczyć Batmana w zbroi, walczącego mieczem, a do tego jeżdżącego na koniu. W przypadku Supermana tych zmian wiele nie nastąpiło. Jasne, ubiera się jak szlachcic, niemniej swobodnie korzysta ze swoich mocy. Chyba najciekawszą rolę za to dostała Harley Quinn, która pełni funkcję nadwornego błazna, ale także… błyskotliwego doradcy. I najdziwniejsze połączenie, czyli bohater, który łączy w sobie cechy Luthora, Green Lanterna, Jokera – dziwna koncepcja, ale daje radę. Ogólnie podobało mi się wyszukiwanie smaczków w czasie lektury, choć mam jednocześnie wrażenie, że Tom Taylor trochę przegiął i postanowił dodać wręcz za dużo postaci z DC. Tacy Młodzi Tytani czy Ra’s i Talia Al-Ghul wydają mi się wrzuceni na siłę. Ten wątek naprawdę raził mnie po oczach, był zbędnym zapychaczem. A poza tym miałem poczucie, że Tom Taylor trochę za bardzo się hamował. Mógł naprawdę poszaleć, pozmieniać postacie, pobawić się ich charakterami, zmienić strony, po których by się znajdowali, a tymczasem ma się poczucie, że po prostu jest to uniwersum DC, w którym bohaterowie walczą mieczami i zamiast prezydentów są królowie. Ze sporym rozczarowaniem mogę powiedzieć, że zabrakło mi tu większej kreatywności. W takiej Zagładzie Gotham, o wiele lepiej i sprawniej przefiltrowano postacie z DC przez prozę Lovecrafta, dając coś oryginalnego, zaskakującego i ciekawego.

Magia DC kontra magia średniowiecza
Ogólnie bawiłem się całkiem dobrze w czasie lektury. Tom Taylor miał ciekawe pomysły na niektóre postacie. Kilka razy zaskoczył mnie jakimś konceptem, na przykład to, co zrobił z Batmanem, a zwłaszcza jego genezą jest nie tylko zaskakujące, ale nawet powiedziałbym, że kontrowersyjne. A jednocześnie w zasadzie, prawie każda postać jest zbyt do siebie podobna. Znaczy, praktycznie wiadomo, kto jest zły, a kto dobry. Tom Taylor powinien pozamieniać role. Ale cóż, jest, jak jest, z tego powodu nawet z pozoru zaskakujący twist na koniec tak bardzo pasuje do charakteru tej postaci z głównego nurtu DC, że jedynie wzruszyłem ramionami. Mam nadzieję, że ten mój bełkot jest w miarę zrozumiały. Chodzi o to, że największy problem tego komiksu opiera się na błędnym założeniu. Niestety Tom Taylor nie przeniósł bohaterów DC do średniowiecza, tylko wrzucił ich w średniowieczną oprawę – zmienił przede wszystkim scenografię – trochę szkoda.

Piękno płomieni…
Oprawa graficzna jest w porządku, widać w tle zamki, bohaterowie noszą zbroję i walczą mieczami. Większe starcia wyglądają efektownie, ale tylko jeden kadr mnie prawdziwie zachwycił – przedstawia on Supermana, Batmana i Wonder Woman w płomieniach i jest w powiększonym formacie umieszczony na wyklejce. Rysunki zatem są równie przyzwoite w swojej przeciętności, jak i fabuła. O wiele ciekawsze grafiki uświadczymy w galerii okładek! Z ciekawostek poza główną historią rozpisaną na dwanaście zeszytów, są tutaj też trzy krótsze historie opowiadające o młodości głównych bohaterów. Wyobraźcie sobie, że to w jednej z nich pojawia się Bane, który przypomina żywcem wyjętego Gutsa z Berserka – szacunek. A i z poważniejszych błędów, trafiłem na dwa kadry, gdzie według mnie zostały pomylone dymki.

Czy warto było wysłać DC do wieków średnich?
Mroczni Rycerze ze stali. Wojna trzech królestw przyznaję, że trochę mnie rozczarowali. Miałem nadzieję, że Tom Taylor zaszaleje, do tego stopnia, że to uniwersum będzie sprawiało wrażenie żyjącego, oryginalnego. Tymczasem nie da się ukryć, że bohaterowie tego komiksu zbyt bardzo przypominają swoje pierwowzory, przez co niektóre zwroty akcji po prostu nie zaskakują. Przez historię płynie się sprawnie, nie ma tu zastoju, dużo się dzieje, bohaterowie giną, są okaleczani, ale to jedynie przyjemna historia fantasy, która szybko uleci nam z pamięci. Ciekawy projekt, ale mam nadzieję, że ktoś spróbuje kiedyś na poważnie przenieść uniwersum DC do średniowiecznego świata.
Komiks do recenzji dostarczyło wydawnictwo Egmont, za co bardzo dziękujemy, ale nie wpływa to na ocenę końcową produktu.