Poznajcie Yakumo
Seria Ninja Gaiden zawsze kojarzyła się z krwawą jatką, precyzją i klimatem „ninja vs demony”. W tej odsłonie zmieniono nieco perspektywę; głównym bohaterem jest nowy ninja, Yakumo, a Ryu Hayabusa występuje tu drugoplanowo, w postaci rywala (choć nim też będziemy mogli posterować). To może rozczarować nieco starych „gaidenowych” wyjadaczy, ale nie martwcie się, bo Yakumo naprawdę daję radę, prezentując swój własny, ciekawy styl i moveset, oparty na technice zwanej „Bloodraven”. Obaj panowie z kolei dzielą ze sobą pewne ikoniczne ataki, jak np. Izuna Drop. Fabuła, jak to zawsze miało miejsce w serii Ninja Gaiden, praktycznie pełni rolę pretekstu: demoniczny deszcz nad Tokio, klątwa nad miastem, kult Dark Dragona – wszystko to w zasadzie już znamy, wszystko to działa, ale nie zapada w pamięć. Ale przecież nie to jest najważniejsze, gdy zewsząd nacierają na nas fale żądnych krwi oponentów.

Walka – krwawa frajda, czy masochizm dla dłoni?
Odpowiadając na pytanie z nagłówka powiedziałbym: oba. Przeciwnicy nacierają na nas niczym ławica wściekłych ryb i są w stanie zmiażdżyć nas gradem ciosów, jeśli choć na chwilę się zawahamy. Na szczęście możemy liczyć na mocnego sojusznika u boku, a mam tu na myśli rozbudowany system walki. Do naszej dyspozycji pozostaje szeroki (jak na japońskie mordobicie przystało) wachlarz ciosów, kombosów i efektownych ataków specjalnych. Wszystko to okraszone jest brutalnymi animacjami rozczłonkowywania przeciwników, a tryby specjalne („Bloodraven”, „Gleam”) tylko dodają litry tryskającej czerwonej posoki na ekranie, a naszego ninję czynią jeszcze szybszym i skuteczniejszym. Pamiętajmy jednak, że ogranicza nas tutaj pasek energii, więc wykorzystujmy nadludzkie moce rozsądnie. Tempo jest mordercze, każda sekunda niespodziewanie może pozbawić nas głowy (albo gorzej), jeśli choć przez chwilę utracimy koncentrację. To z jednej strony niesamowicie immersyjne, bo daje nam realne poczucie, że jesteśmy w centrum wydarzeń i musimy walczyć o przeżycie. Z drugiej strony wymaga to też sporo cierpliwości i nastawienia na nabranie wprawy w skutecznym posługiwaniu się movesetem (o ile nie brzydzimy się grania na łatwym poziomie trudności). W skrócie gra tanio skóry nie sprzedaje i jeżeli jesteśmy nowicjuszami w świecie Ninja Gaiden, to czwórka z pewnością tego nie wybacza i zmusi gracza do treningu jak prawdziwy ninja. Nie mniej trzeba zauważyć, że mechaniki miejscami zostały delikatnie uproszczone na poczet efektów wizualnych, a różnice między broniami są mniej wyraziste niż kiedyś. Jest to jednak nadal mordobicie powodujące zakwasy palców, które niedzielnych graczy może wprawić w traumę.

Kontroler ma większe znaczenie, niż się wydaje
Ninja Gaiden 4 ogrywałem na PC, posługując się klawiaturą. Po godzinnym upadaniu w tym samym starciu udało mi się znaleźć swoją drogę do „przecinania się” przez chmary oponentów, jednak wydaje mi się, że gra wyraźnie była projektowana pod pada, gdyż przy klawiaturze i myszy momentami ciężko mówić o intuicyjności. Dla pececiarzy to może być mankament.

Krew, krew i jeszcze raz krew
Jeśli chodzi o oprawę: nie mamy tu graficznej rewolucji, ale w kontekście walk i efektów – robi robotę. Choć osobiście koneserem anime nie jestem, to obfitość efektów wizualnych w starciach, dobrze dobrana ścieżka dźwiękowa i animacje trzymają solidny poziom kojarzący mi się mocno z tego typu klimatami. Dla mnie jak najbardziej pasująca kombinacja. Z drugiej strony lokacje bywają niespójne, powtarzalne i momentami brakuje „tego czegoś” – wyrazistości otoczenia w ponurym, cyberpunkowym Tokio.

Czy czwórka znajdzie swoją niszę we współczesnym rynku?
W czasach, gdy większość gier akcji celuje w przystępność i balans – Ninja Gaiden 4 stoi w mocnej opozycji i nie uznaje kompromisów. Absolutnie nie ułatwia życia tzw. „casual gamerom”, a wręcz może ich szybko do siebie zniechęcić. Ciężko powiedzieć, czy to dobry ruch dla marki we współczesnych czasach, choć w mojej opinii miło dostać coś wyraźnie wyróżniającego się pod tym względem. Fajnie, że jeszcze dziś tworzy się gry, które są w stanie z gracza wycisnąć siódme poty.

Podsumowanie
Po nieco masochistycznej przez trudność zabawie z Ninja Gaiden 4 wiem jedno: to na pewno gra dla tych, którzy tęsknili za czasami, gdy każdy cios wymagał refleksu, a każda wygrana była okupiona wysiłkiem, choć tacy mogą leciutko się zawieść niektórymi zmianami w detalach. Jeśli jesteś fanem serii – to nadal powrót wart uwagi. Jeśli szukasz czegoś do czilowej, wieczornej sesji – Ninja Gaiden 4 w mojej opinii lepiej sobie odpuścić, albo przygotować się na godziny wypruwających żyły ćwiczeń. To nie rozgrywka dla miękkich wojowników. Gra nie jest idealna: fabuła zawodzi, Ryu został trochę zepchnięty na boczny tor, co może być wątpliwym pomysłem, a lokacje i wrogowie z czasem stają się powtarzalni i przynudzają (zakładając, że nie miażdży już nas poziom wyzwania). Jednak jako doświadczenie błyskawicznej i wymagającej akcji – ma w sobie ducha, który wciąż działa.
Dziękujemy polskiemu oddziałowi Xbox za kluczyk do gry, chcemy jednak podkreślić, że mimo to recenzja Ninja Gaiden 4 pozostaje obiektywna.