Pierwszy wspólny projekt Loeba i Sale’a
Przyznaję, że z dużymi obawami sięgnąłem po Pogromcy nieznanego muszą zginąć. Wszystko dlatego, że mocno zawiodłem się na Mrocznym zwycięstwie. Owszem, Długie Halloween oczarowało mnie, ale kontynuacja w moim odczuciu była zbyt podobna, a wątek Robina został poprowadzony tragicznie. Podobnie sytuacja wyglądała z tytułem Catwoman. Rzymskie wakacje. Wiem, że większość pieje z zachwytu nad wszystkimi trzema tomami, ale choć zachwyty nad Długim Halloween jeszcze rozumiem, to nad całą pozostałą resztą już kompletnie nie…
Pogromcy nieznanego muszą zginąć to na dodatek debiut tego duetu, więc tym bardziej nie miałem pojęcia, czego można się spodziewać. I ostatecznie w miarę pozytywnie się zaskoczyłem. Po pierwsze, ten komiks opowiada o zupełnie nieznanej mi grupie bohaterskiej (z ciekawostek: została ona stworzona przez Jacka Kirby’ego), więc samo odkrywanie nowych postaci było dla mnie intrygujące (przez cały czas się zastanawiałem, jakimi mocami dysponują itd.) Po drugie, ostatnio już tak mnie nie rajcują komiksy superbohaterskie, a Pogromcy bardziej przypominają dobry kryminał ze świetnym wątkiem sądowym! Te dwa elementy spowodowały, że bawiłem się naprawdę dobrze. Przypuszczam, że będę jednym z nielicznych wysnuwających tak niedorzeczne tezy, ale dla mnie ten komiks jest o wiele lepszy od Mrocznego zwycięstwa, a już na pewno od Catwoman. Rzymskich wakacji.

Zaczynamy od eksplozji!
Fabuła tego komiksu zaczyna się w wyjątkowo epicki sposób. Otóż Góra Pogromców, gdzie rezydują nasi bohaterowie, zostaje wysadzona. Dwójka z tytułowych postaci ginie, zanim tak naprawdę czegokolwiek o nich się dowiedzieliśmy! Natomiast pozostała trójka cudem uchodzi z życiem, ale zostaje zakuta w kajdany i zaprowadzona na salę sądową. Tak zaczyna się najbardziej epicki moment tego komiksu. Superbohaterowie są oskarżeni o doprowadzenie do śmierci wielu ludzi oraz zniszczenie pobliskiego miasta! Z czymś się Wam to kojarzy? Okazuję się, że jeszcze przed Wojną domową komiksowi herosi musieli odpowiadać za konsekwencje swoich czynów. Jak dla mnie te dwa zeszyty z ośmiu to po prostu miazga. Potem jest już mnie emocjonująco, ale równie ciekawie, bo nasi protagoniści się rozdzielają i każdy podąża swoją drogą!

Szalony kwartet bohaterów!
Mamy trzech głównych bohaterów – są to Ace, Rocky i Red. Cała trójka to kompletnie odmienne charaktery, temperamenty i jednocześnie każdego da się polubić, choć wszyscy mają kilka wad, które widać od samego początku. Na przykład taki Rocky ma dobre serce, jest sympatyczny, ale jednocześnie mało inteligentny i daje łatwo się omotać. No i ma słabość do alkoholu. A Red to taki ichniejszy Punisher. Facet jest mocno wybuchowy i woli strzelać zamiast zadawać pytania. Ma nawet na kartach tego komiksu ciekawy epizod w Gotham! Ace za to bawi się magią. I powiem, że każda z tych trzech sylwetek jest naprawdę ciekawa. Osobiście polubiłem chłopaków. Za to Moffeta przez dwa „f” zdecydowanie nie. Wyjątkowo irytujący dziennikarz, a do tego prawdziwy dupek. Na szczęście nie poświęcono mu aż tyle czasu, abym poczuł do niego nienawiść. Wbrew pozorom tych kilka komediowych scen i bardzo fajny finał z nim powodują, że muszę przyznać, iż Loeb miał rację, właśnie Moffeta wybierając na czwartego najważniejszego bohatera tego komiksu.

Czy warto dołączyć do Pogromców nieznanego?
Rozwiązanie intrygi troszkę mnie zawiodło, ale tak ociupinkę, bo spodziewałem się czegoś naturalniejszego. Do samego końca bawiłem się jednak wyśmienicie – komiks dostarczył mi dużo emocji. A finał siódmego zeszytu był dla mnie szokiem – nie dość, że był to mocno dramatyczny zwrot akcji, to do tego z takim lekko komediowym zacięciem. Do wydania nie mam żadnych zastrzeżeń. Cieszę się, że w końcu pod obwolutą serii DC Deluxe jest już porządna komiksowa okładka zamiast czerni i wytłoczonego tytułu. Ponadto znalazł się tu ciekawy i zabawny tekst Briana Michaela Bendisa, szkice postaci, a także króciutka dodatkowa historyjka, która mnie rozbroiła!
PS: Z tego wszystkiego nie poświęciłem ani słowa oprawie graficznej, ale to chyba dlatego, że od podziwiania kunsztu rysownika mnie zatkało. Tim Sale miał naprawdę genialne pomysły i to widać na wielu kadrach. Chłopak nieźle nawywijał, choćby w zabawny sposób wykorzystując planszę główną Monopoly. A dodajmy do tego jeszcze przepiękne strony poprzedzające każdy rozdział! W kategorii oprawa graficzna ten komiks dostaje ode mnie 9,5 – nie dlatego, że rysunki Sale’a są przepiękne (oczywiście, że mi się podobają, ale tak bardziej na ocenę 8) – ta ocena jest za epicką pomysłowość.
Komiks do recenzji dostarczyło wydawnictwo Egmont, za co bardzo dziękujemy, ale nie wpływa to na ocenę końcową produktu.