A co my tutaj mamy? Czyżby… prequel?
Trzeci tom serii Mike’a Careya i Petera Grossa zaskoczył mnie w sposób zupełnie… niespodziewany. Wyobraźcie sobie, że raptem połowa tego tomu to regularna seria opowiadająca o dalszych losach naszego protagonisty, czyli Toma Taylora. Druga część natomiast to historia poboczna, a w zasadzie prequel zatytułowany: Tommy Taylor i statek, który zatonął dwa razy. I największe wrażenie nie zrobiła na mnie faktyczna kontynuacja, która raczej specjalnie nie zachwyca. Trochę ruszyliśmy fabułę do przodu, co najważniejsze poznaliśmy dużo faktów na temat ojca Toma. Można powiedzieć, że trzymamy poziom – taka siódemeczka. Jednakże powieść graficzna Tommy Taylor i statek, który zatonął dwa razy, czyli druga połowa komiksu to już jest majstersztyk. W tej historii poznajemy proces powstawania pierwszej książki o Tommym Taylorze, widzimy, jak narodził się ten fenomen, co samo w sobie jest fascynujące. Jeszcze ciekawsze jest sposób tego, w jaki sposób Wilson starał się połączyć fikcję z rzeczywistością. Dzięki tej opowieści jesteśmy w stanie pojąć, jakim cudem ludzie w pierwszym tomie, uwierzyli, w to, że Tom Taylor może być czarodziejem z książek. Jednakże to nie wszystko, bo jeszcze zapoznajemy się z samą treścią tej książki. I muszę przyznać, że zrozumiałem, dlaczego dzieła napisane przez Wilsona Taylora stały się fenomenem w tym fikcyjnym świecie. Powiem więcej, zamiast kontynuacji Niepisanego, wolałbym poczytać jeszcze więcej historii o literackim pierwowzorze protagonisty tej serii. To jest po prostu niesamowite. Mocno się wciągnąłem w tę opowieść, w której Wilson (o czym zresztą na kartach komiksu mówi) wykorzystał zgrane motywy, aby dotrzeć do jak największej rzeszy ludzi.

Brzydka magia, oj brzydka…
Jak ocenić oprawę graficzną jednego tomu, skoro połowa jest brzydka, a druga część bardzo ładna? Oto jest pytanie! Zeszyty głównej serii są rysowane szybko, bez dbałości o kreskę. Nie podobają mi się twarze bohaterów, a zwłaszcza ich nosy. Wszyscy tu są brzydcy, zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Natomiast druga połówka jest już rysowana w innym stylu. Skoro opowiada historię o czarodziejach, to właściwym określeniem będzie, że w tej kresce jest coś zaiste magicznego. No i jeszcze fenomenalnie prezentują się okładki zeszytów. Ubolewam straszliwie, że główna seria nie jest rysowana w tak piękny sposób. Do wydania nie mam żadnych zastrzeżeń. No mógłbym się jedynie przyczepić do grzbietu, zamiast ikony DC Black Label mamy Vertigo. Ciężko winić Egmont, ale kogoś przykładającego wielką wagę do estetycznego wyglądu serii stojącej na półce może ten drobiazg razić. A poza tym szkoda, że w tym tomie, który jest trochę cieńszy od poprzednich, nie znalazło się miejsce na jakieś dodatki.

Czy warto odkryć moc literatury?
Choć bawiłem się dobrze, czytając pierwszą połowę komiksu, to nie czułem się już tak zaciekawiony główną osią fabularną. Mniej więcej już wiedziałem, w jaką stronę to wszystko może zmierzać. Jednak druga część tomu wkręciła mnie niespodziewanie. Przygody Tommy’ego Taylora okazały się niesamowitą i magiczną opowieścią, a do tego zafascynowało mnie ukazanie, w jaki sposób Wilson manipulował tak naprawdę całym światem. Największą wadą dla mnie jest fatalna kreska, która dotyczy, co najbardziej zaskakujące, jedynie głównej linii fabularnej. Na pewno sięgnę po kolejne dwa tomy, bo widzę, że ta seria co rusz mnie czymś zaskakuje. Choćby pierwszy tom, w którym zadziwił mnie samym pomysł, a w drugim mieliśmy komiks paragrafowy. Podsumowując, liczę na to, że w kolejnym tomie też trafi się, coś na miarę Tommy’ego Taylora i statku, który zatonął dwa razy.

Komiks do recenzji dostarczyło wydawnictwo Egmont, za co bardzo dziękujemy, ale nie wpływa to na ocenę końcową produktu.