Dziewczyna z komputera
Już z opisu na ostatniej stronie okładki czytelnik dowiaduje się, że nie tylko udało się wychwycić sygnał z kosmosu, ale odczytać go i wyhodować na jego podstawie… kogoś lub coś. Biorąc pod uwagę, kiedy ten przełom następuje w książce, zakrawa to na spojler, jednak powieść Hoyle’a i Elliota oparta jest na serialu BBC z 1961 roku, więc to trochę jak z Gwiezdnymi Wojnami, nawet niezainteresowani wiedzą już, kim jest Vader.
Oczywiście obecność tworu obcych spowoduje pewne zawirowania, w tym natury mocno osobistej. To właśnie ten wątek postarzał się najmocniej, bo jest w zasadzie pozbawiony pogłębionego portretu psychologicznego biorących w nim udział osób.
Jednak zanim doszło do pełnego wykonania poleceń z okolic Andromedy, wiele musiało się wydarzyć. Jak w poprzedniej wydanej u nas książce Hoyle’a, Czarnej chmurze, wszystko krąży wokół naukowca w stylu Jamesa Bonda, tym razem o nieukrywającym już skojarzeń nazwisku Fleming.
Nawet kwestie wzmożonych kontaktów z kosmosem czy osadzenia w środowisku naukowym łączą te dwie powieści. Wydaje się jasne, dlaczego zaproszono do takiej pracy właśnie tego pisarza. Niestety, on chyba nie bawił się przy tym tak dobrze jak przy projektach autorskich, bo czytelnik (a z pewnością jedna konkretna czytelniczka) ma poczucie sporego wymęczenia siebie i twórców.
Powieści akademickie nie są łatwym materiałem. Ile dramatyzmu można wycisnąć z matematyki? Karty perforowane dodawały pewnego romantycznego czaru miejscom akcji, podobnie jak wielkie serwerownie i masy kabli. Ale prawdziwym źródłem napięcia musiało być coś innego, a jeśli nie naukowe zagadki, to… oczywiście romanse i inne relacje międzyludzkie.
A jak Andromeda korzysta z tego zasobu, akcja więc rozwija się w tempie zainteresowania lub konfliktów, między którymi genialny Fleming przychodzi z kolejnym odkryciem, zwykle uzasadnionym przede wszystkim wspomnianym geniuszem. Nie traktuje się tu odbiorcy jako partnera intelektualnego, raczej znudzonego konsumenta rozrywki udającej fantastykę naukową.
Głos Pana
To będzie recenzja spod znaku „szklanka wody zamiast”. Nie oglądałam oryginału BBC, więc nie wiem, gdzie i kiedy konkretnie coś poszło nie tak, czy tam również dramaturgia polega na miotaniu się bohaterów pomiędzy chęcią spalenia wszystkiego związanego z sygnałem z kosmosu a chęcią kontynuowania badań.
Na pewno w samej powieści te emocje nie wzbudzają empatii, bo mają posuwać naprzód akcję, a nie pozwalać na poznanie i zrozumienie postaci. Jest tu pewna refleksja nad człowieczeństwem, dość sztampowa. Naukowość całości wydaje się też tylko skutkiem ubocznym wyjściowego pomysłu, żeby zacząć od komunikatu z gwiazd.
Temat was zaintrygował, książka nie rokuje, co wobec tego? Wartościowych alternatyw jest sporo. Zacznijmy od Lema, czyli Głosu Pana wydanego w 1968 roku. Tu także na Ziemię trafia tajemnicza wiadomość z bardzo daleka, ale próby jej odczytania dają przedziwne rezultaty. Wszystko to zostało brawurowo objaśnione w dyskusji między dwoma specjalistami i jest jednocześnie fascynującym traktatem o filozofii i praktyce nauki.
Zbyt teoretycznie? Przeczytajcie lub obejrzyjcie klasyka od Carla Sagana, Kontakt. Nie można w tym kontekście nie wspomnieć też o Problemie trzech ciał, choć tu informacja od obcych właściwie nie jest nijak zakodowana, a autor kładzie nacisk na skutki objawienia się ludzkości życia poza naszą planetą.
