Drugi wolumen w wydarzeniu Świat Bestii startuje dokładnie tam, gdzie urwał się pierwszy tom – bez rozgrzewki i bez taryfy ulgowej. Tom Taylor kontynuuje globalny kryzys, w którym tytułowe zarodniki rozlewają się po Ziemi, zmieniając nawet najbardziej rozpoznawalnych bohaterów w drapieżne wersje samych siebie. To eskalacja w najlepszym sensie: większa stawka, gęstsza sieć intryg i wyraźniejsze zbliżenie kamery na Tytanów jako drużynę.
Kryzys na dwóch frontach – kosmos i ziemia oraz dusza
Motorem fabuły jest dwutorowe zagrożenie – z zewnątrz i od środka. Z jednej strony mamy kosmiczny spisek (ktoś podszywający się pod Brother Blooda – bez spoilerów, bo to naprawdę jeden z lepszych zwrotów całej opowieści), z drugiej polityczny sabotaż prowadzony przez Amandę Waller. Ta druga nić boli szczególnie: Waller metodycznie podkopuje zaufanie do superbohaterów, budując struktury, które mają ich zdyskredytować zanim jeszcze zdążą komukolwiek pomóc. W tle cały czas Raven i to, co z nią nierozerwalne – mrok, magia i emocjonalne konsekwencje.
Wątek „zdziczałego” Batmana okazuje się bardziej zniuansowany, niż sugerowałby nagłówek. „Bestialstwo” nie wymazuje człowieka – raczej odsłania pęknięcia. Zarodniki nie oszczędzają też Killer Crocka, co procentuje scenami na pograniczu horroru i tragikomedii. Taylor sprawnie żongluje tonem: groza nie wyklucza tu ciepła, a akcja – ironii
Sercem tomu są relacje. Dostajemy ważny rozdział o Damianie i starszym bracie, który wyciąga go z krawędzi. To naturalne przedłużenie tego, co Taylor rewelacyjnie budował w Nightwingu – empatia zamiast kaznodziejstwa, wsparcie zamiast moralizowania. Obok błyszczy Wonder Girl (wcześniej nieco w cieniu, tu dostaje swoje momenty), Cyborg przypomina, jak niebezpiecznym narzędziem bywa technologia w złych rękach, a Peacemaker… cóż, bywa równocześnie bezwzględny i komicznie tępy – i właśnie dzięki temu działa jako zawór bezpieczeństwa dla napięcia.

Więcej niż fan DC może dostać
W warstwie wizualnej tom trzyma równą, blockbusterową formę. Okładka z „kocim memem” to mrugnięcie do Internetu, które nie jest pustym żartem – dobrze oddaje mieszankę autoironii i grozy tego eventu. Sekwencje „bestialnych” przemian są czytelne i pomysłowe, a duże, filmowe plansze sprawiają, że globalny wymiar kryzysu czuć bez mapek i infografik.
Tom wzmacniają tie-iny: Huntress dostaje soczysty, łowiecki epizod; Jimmy Olsen jako… żółwik to nie tylko gag, ale i lekki kontrapunkt dla ciężkiego rdzenia; Damian uzupełnia główny wątek rodziny; a historia z Black Mantą – stylizowana na miks lat 60. i wczesnych 2000 – dowozi zarówno formą, jak i treścią, domykając kilka motywów zasianych wcześniej. Rzadko kiedy dodatki tak zgrabnie dokręcają śrubę tematyczną zamiast ją luzować.
To wciąż duży, głośny event DC, ale z sercem: o strachu, który infekuje społeczności; o mediach i polityce, które rozszarpują zaufanie; i o rodzinie (tej z krwi i z wyboru), która potrafi wyciągnąć człowieka z najbardziej zwierzęcej fazy. Jeśli Świat Bestii ma być nowym rozdziałem, status quo, to ten tom udowadnia, że warto iść dalej – Ziemia naprawdę staje się światem bestii i trzeba ją na nowo zdefiniować.
