Po ostatnich wydarzeniach Peter Parker wciąż dochodzi do siebie i nie wiadomo, czy kiedykolwiek będzie mógł jeszcze założyć pajęczy kostium. Żeby tego było mało, obecnie latający po sieci Spider-Man, czyli Ben Reilly, ma własne problemy i bardzo szybko przekonuje się, że nie można się przygotować na wszystko...
Duplikujący się złoczyńcy
Drugi tom Korporacji Beyond to komiks, na którego kartach równolegle rozwijane są dwie dramatyczne historie: powolne odzyskiwanie sprawności przez Petera Parkera i tragiczny upadek Bena Reilly’ego. Wątków jest jednak o wiele więcej, bowiem scenariusz porusza tematy manipulacji, tożsamości i rozpaczy, która powoli przeradza się w gniew.
No ale teraz może trochę dokładniej, bo z jednej strony mamy Petera, wracającego do zdrowia po brutalnej walce z U-Foes. Jego ścieżka to klasyczny powrót bohatera, pełen montażów treningowych, dialogów z Kapitanem Ameryką i pełnych chemii interakcji z Czarną Kotką. Humorystyczna scena z pajączkiem budzącym się i widząc MJ oraz Felicię (obie przebrane za Black Cat) to moment lekki, ale bardzo dobrze napisany – oddychamy z ulgą, że ten Spider-Man jeszcze umie się śmiać. Autorzy doskonale wyczuwają momenty, kiedy dać czytelnikowi chwilę wytchnienia, zanim fabuła znów wbije pazury. Równolegle, śledzimy losy Bena Reilly’ego – klona Petera, którego tytułowe Beyond dosłownie kupiło i przekształciło w korporacyjnego Spider-Mana. Jego dramatyczny upadek to najmocniejszy element tej części historii. Ben, który zaczyna podejrzewać, że jego mocodawcy nim manipulują, zostaje poddany psychicznemu sabotażowi. Gdy tylko próbuje mówić o swoich odkryciach, specjalnie zaprogramowane blokady wymazują mu wspomnienia. Scenarzysta Zeb Wells wspólnie z rysownikiem Michaelem Dowlingiem zamieniają jego świadomość w surrealistyczny koszmar, w którym czuć paranoję i bezsilność niemal fizycznie.

Przez cały tom przewija się też widmo Królowej Goblinów – nowej antagonistki, stworzonej przez połączenie „grzechów” Normana Osborna z ciałem doktor Kafki. Choć postać nie jest do końca rozwinięta psychologicznie, stanowi przerażający symbol destrukcji – zwłaszcza gdy wykonuje rozkazy Maxine Danger, bezwzględnej „menedżerki z piekła rodem”, która w finale tej historii wychodzi na jedną z najbardziej znienawidzonych (i fascynujących) postaci całego runu. Momentem kulminacyjnym jest jednak zderzenie dwóch Spider-Manów – Petera i Bena – w brutalnej, emocjonalnie wyniszczającej walce. Ben, którego psychika się załamuje, staje się nieprzewidywalny, a jego gniew wobec Beyond zamienia się w desperacką próbę kradzieży wspomnień Petera, by odzyskać swoją tożsamość.
Spójrz na swoją Królową!
Podobnie jak poprzednio, kolejny tom również pod kątem wizualnym (mimo mnogości artystów) trzyma dosyć wysoki poziom – złożony z różnych historii, rysowanych przez różnych artystów, którzy z jednej strony nadają każdemu epizodowi unikalny charakter, z drugiej budują emocjonalnie spójny klimat. Choć zmienność stylów może chwilami wybijać z rytmu, ostatecznie działa to na korzyść całości.
Już od numeru 86 widzimy wyraźne przejście w tonacji graficznej – historia Bena Reilly’ego robi się mroczna i intymna, a rysunki Michaela Dowlinga towarzyszą temu przesunięciu z wielką klasą. Wyczuwalna jest tu miękkość i delikatność, które kontrastują z brutalnością i psychologicznym ciężarem scen. Fragmentaryczne wspomnienia Bena pokazane są z wyczuciem: rozmyte kontury, deformacje perspektywy i dziwna „dziurawość” obrazu doskonale oddają rozpad jego pamięci i tożsamości. To najbardziej eksperymentalna i wizualnie interesująca część całego tomu. Z kolei w numerze 87 zmieniamy całkowicie ton – wracamy do Petera, trenującego z Kapitanem Ameryką i Czarną Kotką. Tu wkracza Carlos Gómez, a styl zmienia się na bardziej „mięśniasty”, niemal kampowy. Steve Rogers wygląda jak żywcem wyjęty z reklamy odżywek białkowych, a MJ i Felicia, zamiast klasycznej zmysłowości, zyskują przesadnie podkreśloną sylwetkę, co nie każdemu przypadnie do gustu. Rysunki przypominają nieco styl J. Scotta Campbella – ale przerysowany i bardziej masywny.

Szczęśliwie, epizod rysowany przez C.F. Villę, tonuje tę przesadę. Styl zbliżony do Terry’ego Dodsona z grubszymi tuszami i lekko kreskówkową ekspresją nadaje lekkości kobiecej heist-story. Postacie są wyraziste, mimika naturalna, a kadrowanie – dynamiczne. Największym atutem tego rozdziału jest jednak wyczucie gestu i emocji, zwłaszcza w ciepłych, bardziej intymnych scenach między bohaterkami. To nie tylko dobrze narysowany numer – to jeden z bardziej emocjonalnie trafionych wizualnie fragmentów tomu. Prawdziwe show kradnie jednak Mark Bagley w numerze 90. Jego klasyczne podejście, czyli dynamiczne rozkładówki, klarowny storytelling, charakterystyczna plastyka ruchu – przenosi czytelnika do złotej ery Spider-Mana. Dla fanów wychowanych na pracach tego artysty to nostalgiczna uczta, szczególnie dzięki pełno stronicowym splashom i dramatycznym kadrom walki.
Wspomniany wcześniej przeze mnie Patrick Gleason z kolei wnosi coś zupełnie innego – bardziej dramatycznego, z cięższą kreską i mocniejszym kontrastem. W jego rękach ostatnie starcie Bena i Petera staje się wizualnie brutalne, z twarzami pełnymi bólu, oraz cieniowaniem przypominającym gotycki horror. Emocje dosłownie wypływają z kadrów, a rysunki, choć chwilami surowe, idealnie oddają tragiczny finał opowieści.
Nigdy nie jestem gotowy
Jak więc podsumować Amazing Spider-Man. Korporacja Beyond, t. 2? To z pewnością bardzo dobry komiks, ale… Pełen sprzeczności. Z jednej strony niezwykle intensywny emocjonalnie i fabularnie, zbudowany z fragmentów różnych historii i autorów, które nie zawsze składają się na w pełni spójną całość. Mimo tego to opowieść, która zostawia po sobie ślad. Mamy bowiem (całkiem udaną próbę) ukazania pajęczaka z trochę innej strony. Zresztą, to nawet nie do końca historia Petera Parkera, a bardziej Bena Reilly’ego – człowieka (a raczej klona), który, choć otrzymał drugą szansę, został w brutalny sposób wypaczony przez korporacyjne manipulacje Beyond. Jego psychologiczne załamanie, przedstawione powoli, metodycznie, kończy się zderzeniem z Peterem, które – choć dla niektórych może wydawać się wymuszone – jest kulminacją pełną napięcia i emocji. Zakończenie może budzić mieszane uczucia, ale trudno odmówić mu dramatyzmu i konsekwencji. W tym wszystkim świetnie sprawdza się wątek Mary Jane i Black Cat, który paradoksalnie jest jednym z najbardziej koherentnych i satysfakcjonujących fragmentów tomu. Ich wspólna historia to majstersztyk charakterów, chemii i równowagi między humorem a wzruszeniem. To epizod, który sam w sobie mógłby stanowić osobną mini serię i być może powinien, bo jego wartość fabularna bije na głowę niektóre inne wątki.

Główna oś fabularna z Korporacji Beyond cierpi natomiast na pewne problemy z tempem i tonacją. Przechodzimy od grozy i psychologicznego dramatu (Bena) do quasi-sitcomowych scenek z Peterem trenującym w papierowej torbie na głowie. Pomimo że część tych momentów jest zabawna i celowo lekka, w kontekście ogólnej stawki – walki o tożsamość i godność – może wybijać z rytmu. Bywa też, że epizody zbyt mocno koncentrują się na postaciach pobocznych, przez co główna historia po prostu się rozmywa. Artystycznie tom jest nierówny, ale nie zły – rysownicy oferują zróżnicowane style, od eksperymentalnej narracji wizualnej do klasycznej superbohaterskiej akcji. Choć chwilami brakuje spójności, każdy numer wnosi coś własnego – a niektóre, jak prace Bagleya czy Gleasona, potrafią naprawdę zachwycić.