Ucieczka przed otchłanią
Wyobraźcie sobie gigantyczną, międzygalaktyczną flotę, uciekającą przed wrogiem. Co chwila otwierają się otchłanie, z których wyłaniają się wrogie statki, a Wy jedyne co możecie robić, to z rozpaczą patrzeć, jak kolejne statki zostają zniszczone. Czy w ogóle da się uciec? Czy ma to sens? Czy to jedynie odwlekanie nieuniknionego? Takie pytanie mogłyby się kłębić w głowie graczy, gdyby nie to, że Revenant jest wymagającym eurosem, w którym przede wszystkim walczymy o punkty zwycięstwa. Aczkolwiek ten właśnie temat kupił mnie od samego początku. Gdy na koniec pierwszej rozgrywki zobaczyłem, ile statków ocalało, to nawet poczułem ten kosmiczny klimat. Jednakże, jak wspomniałem, temat nie jest najważniejszy w tego typu grach, tylko zastosowane mechaniki.
Zatem przejdźmy do mięska. Najważniejszym elementem w Revenancie jest zdobywanie wpływu u siedmiu rodów. Na koniec gry mnożymy ilość statków (bazowo są trzy okręty w każdym z siedmiu kolorów na planszy) przez naszą pozycję na torze danego rodu i tyle PZ dostajemy. Niestety podczas rozgrywki okręty będą niszczone, ale na szczęście mamy szansę na ich przywrócenie na planszę, a nawet wystawienie nowego typu statku (prom). Dodatkowo możliwe jest dolecenie w ostatniej rundzie do kolonii, która zwiększa mnożnik danego rodu o 1. Natomiast struktura rundy przedstawia się następująco. Gracze naprzemiennie wysyłają swoje piony na okręty rodów (myśliwce zestrzeliwują wrogie statki, desantowce lądują na planetach i pozyskują surowce, a Arki oferują unikalne efekty) lub Widmo (główny okręt naszej wielkiej floty, który może uruchomić hipernapęd, dzięki któremu skoczymy do innej galaktyki lub przywrócimy do gry zniszczony statek). Po umieszczeniu piona mamy jeszcze do wykonania akcję dodatkową (zagranie karty, zdobycie dowolnego surowca itd.). Gdy już pozbędziemy się wszystkich robotników, wrogowie atakują nasze statki, a potem albo namnażają się, albo przeskakujemy do innej galaktyki z nowymi planetami. I tak gramy cztery rundy, ogólnie wykonujemy raptem dwanaście akcji!

Siedem rodów
Na papierze pod każdym względem Revenant wydaje się być świetnie zaprojektowanym eurosem. Walka o wpływy u konkretnych rodów, zdobywanie ukrytych kart wpływów (nigdy do końca nie wiemy, kto, jakie rody wspiera), walka z wrogiem i kurcząca się flota, to i wiele innych mechanik już na etapie czytania instrukcji intryguje. W praktyce jednak pojawiają się irytujące elementy. Po pierwsze, ikonografia w moim odczuciu jest męcząca. O ile jeszcze ta umieszczona na planszy głównej czy Arkach nie jest mocno uciążliwa, o tyle przy kartach jest gorzej. Fakt, mamy w instrukcji opisane działanie każdej karty, ale praktycznie za prawie każdym razem sprawdzałem, czy dobrze rozumiem efekt.
Po drugie, w tej grze jest za dużo wszystkiego (nie wspomniałem jeszcze choćby o spaczeniu, zdolności kapitana i jego awansowaniu, pozyskiwaniu kostek danych, nietypowych zdolnościach kart itd.). Downtime zwłaszcza przy czterech graczach potrafi zabić przyjemność z gry. Część elementów wydaje się mało znacząca. Na przykład myśliwce, z jednej strony są potrzebne, bo niszczą wrogie statki, dzięki czemu więcej okrętów przetrwa w tym te, na których nam zależy. Z drugiej strony profity z tej akcji są mizerne. To w końcu tylko zestrzelenie jednego okrętu (aby móc zestrzeliwać więcej, niezbędne są karty), a zamiast tego moglibyśmy na przykład zdobyć zasoby potrzebne, choćby do zagrywania kart (zagrane kart generują PZ). W skrócie – przy tak dużej ilości opcji i detali, na które trzeba zwracać uwagę, ostateczny rezultat wybranej akcji nie przynosi adekwatnej satysfakcji.
Przez tych kilka partii może z dwa razy udało mi się zrobić w miarę spektakularnego combosa, który sprawił mi frajdę. Znów ktoś powie, że trzeba w tę planszówkę zagrać kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt razy, aby ją opanować. I pewnie ma rację, ale ja nie chcę poświęcać tyle czasu, bo przyjemność w stosunku do włożonego wysiłku (m.in. opanowanie całej ikonografii, znalezienie najlepsze opcji z kilkunastu dostępnych), jest nieadekwatna. Mam całą masę eurosów, które po prostu sprawiają mi o wiele więcej radości z kombinowania i wyszukiwania najlepszej opcji.

Walka, ucieczka czy eksploracja planet?
Revenant fenomenalnie prezentuje się na stole. Sam widok tej floty na planszy, aż kusi, aby zagrać w tę grę. Do tego świetnie wyglądają nasze pionki pilotów. Ogólnie do jakości komponentów nie mam żadnych zarzutów. Doceniam, że efekt każdej karty, planszy gracza został opisany w instrukcji. Aczkolwiek dostrzegam kilka drobnych wad tego bogactwa elementów. Mianowicie rozkładanie i składanie tej gry to mordęga. Podobnie sytuacja wygląda z tłumaczeniem zasad. Choć lubię to robić, tak w Revenanta nie chcę już wprowadzać nowych graczy. Trochę wkurza mnie też podłużny kształt pudełka, tak nietypowy dla eurosów (nie udało mi się znaleźć miejsca na moim growym regale na taki format). Jednak całościowo, wykonanie Revenanta to przede wszystkim zachwyty.
Podobnie o regrywalność nie trzeba się martwić, bo mnogość opcji, a przede wszystkim ilość kart z różnorakimi efektami zapewni odmienne wrażenie przy każdej partii. Natomiast o trybie solo mogę powiedzieć tylko tyle, że działa. Zagrałem raz i jednak o wiele bardziej wolę grać z żywymi graczami. Choćby dlatego, że na myśl o tym, iż mam rozkładać tego kolosa tylko dla siebie, żeby wykonać raptem dwanaście akcji, nad którymi będę musiał się długo głowić, aby osiągnąć, choć wymierne korzyści, po prostu mi się odechciewa.

Czy warto wejść na statek Widmo?
Nawet teraz gdy myślę o Revenancie, o poszczególnych mechanikach, to nawet mam chęć w niego zagrać, choć przeraża mnie trochę wizja rozkładania tej gry. Jednocześnie bazując na moich doświadczeniach z poprzednich gier, wiem, że stracę dwie, a może nawet trzy godziny z życia, a największą przyjemność będę miał jedynie z zobaczenia, jak nasza gigantyczna flota została zdziesiątkowana. Dziwna to gra, bo pod każdym względem powinna mi się spodobać, ale praktyka pokazała, że wolę inne eurosy. Moi współgracze ocenili Revenanta na marne 3,5 i 4,5 na 10. Ja grywalności daję słabą szósteczkę, bo widzę tutaj potencjał i nie wątpię, że znajdą się ludzie, którzy pokochają tę planszówkę. Ja jednak wolę sięgnąć po choćby Clash of Cultures, Podwodne miasta, Daitoshi, Mrówki czy Covenanta.