Miasteczko kontra bandyci
Eldorado jest do bólu typowym westernem. Z każdą kolejną stroną przekonywałem się tylko, że za grosz tu oryginalności. No może z jednym drobnym, polskim akcentem, czyli bohaterem, którym jest Stawicki – polski patriota, biorący udział w powstaniu styczniowym. I w zasadzie, to jedyny nietypowy element. Pojawiają się retrospekcje z przeszłości Stawickiego, głównie z jego starć z Moskalami. A poza tym lecimy trochę zgranymi i przewidywalnymi schematami.
Zatem pojawia się nasz protagonista, który ratuje Flynn – kobietę w opałach, która jednak potem okazuje się całkiem umiejętnym strzelcem. Dochodzi do licznych strzelanin, miasteczko Elizabeth zostaje oplątane misterną siecią przez bandę bandytów pod dowództwem szui Birda. I tyle, w tle rozgrywa się większa intryga, ale wszystko jest przewidywalne i zmierza w dobrze znanym kierunku. Mamy nawet takie schematy, jak ratunek w ostatniej sekundzie przed powieszeniem. Jest też pojedynek rewolwerowców na sam koniec, który według mnie był absurdalny i zupełnie niepotrzebny. Po tym co się wydarzyło, rozgrywanie tego pojedynku według mnie nie miało żadnego sensu. Ale dzięki temu odhaczyliśmy kolejny punkt charakterystyczny dla westernu. Zabrakło tylko Indian i napadu na pociąg, choć kolej też tu odgrywa istotną rolę.
Krwawa i zaskakująco szczegółowa rzeź
Można odnieść wrażenie, że głównie narzekam i nie warto się zainteresować Eldorado. To jednak nie do końca prawda. Po prostu ostatnimi czasy, gdy sięgam po książki, to oczekuję od nich trochę więcej oryginalności i pomysłowości niż od filmu czy komiksu, przez które przebijam się w dwie godzinki. A Eldorado, to doskonały scenariusz na krwisty, emocjonujący western. Bo jest naprawdę świetnie napisany.
Doceniam styl Saulskiego – widać, że ma talent, a opisy walki są wyjątkowo szczegółowe. Często dowiadujemy się, gdzie dokładnie trafiła kula. Zaś finalne dwie bitwy to po prostu majstersztyk. Czytając te fragmenty, moja wyobraźnia szalała, ale i tak chciałbym zobaczyć taki radosny chaos i rzeź na ekranie. Eldorado niczym nie zaskakuje, ale pod każdym względem to po prostu bardzo dobry przedstawiciel westernów. Ktoś, kto uwielbia ten gatunek, a jednocześnie nie oczekuje nowych rozwiązań, będzie się w czasie lektury tej książki bawił wyśmienicie. Ja też miło spędziłem czas, co było zasługą przede wszystkim stylu Saulskiego.
Wiem, że dość szybko zapomnę o tej opowieści, niemniej nie żałuję ani godziny spędzonej w czasie lektury. Jasne, było kilka elementów, które trochę mnie gryzły. Choćby wątek Stawskiego i Flynn, główny zły, Bird, który z jednej strony jest trochę kreowany na wybitnego stratega, a okazuje się głupi. Niespodziewany zwrot akcji w finale też mnie nie przekonał. Trafiło się zatem kilka takich drobiazgów, drobnych zgrzytów, ale całościowo Eldorado to bardzo dobry przedstawiciel westernów.
Czy warto wyruszyć na Dziki Zachód?
Naoglądałem się sporo westernów, przez to Eldorado jakoś szczególnie mnie nie zaskoczyło. Jednak czytało mi się to bardzo dobrze. Z tego powodu, chętnie sprawdzę inną książkę Arkady’ego Saulskiego, bo to dopiero początek mojej przygody z jego twórczością. Eldorado jako przedstawiciel westernów wypada bardzo dobrze, a rozpatrując jako książkę, po prostu znika pośród całej masy przeciętniaków. Fabryka Słów oczywiście postarała się i poza dwoma literówkami nie sposób przyczepić się do wydania. A sama okładka wygląda bardzo zachęcająco – poza autorem to był drugi kluczowy element, który przyciągnął mnie do tej pozycji. Podsumowując, Eldorado polecam osobom, które są spragnione książkowych westernów.
Książkę do recenzji dostarczyło wydawnictwo Fabryka Słów, za co bardzo dziękujemy, ale nie wpływa to na ocenę końcową produktu.
