Powrót do domu, który naprawdę coś znaczy
Na wstępie muszę zaznaczyć, że recenzję piszę jako wielki fan serii, który gra od czasów World of Warcraft: The Burning Crusade i regularnie odwiedza Azeroth. Trudno więc mówić o pełnym obiektywizmie – Warcraft to dla mnie coś więcej niż tylko gra. I może właśnie dlatego Midnight bawi, wciąga, daje frajdę… ale jednocześnie nie potrafi zachwycić tak, jak mógłby.
Jeśli miałbym wskazać największą siłę dodatku, to bez wahania powiedziałbym: klimat i lokacje. Powrót do Quel’Thalas, odświeżone Silvermoon City i całe Eversong Woods to coś, co dla mnie – gracza od lat związanego z Blood Elfami – jest w pewnym sensie spełnieniem marzeń. To nie jest zwykły rework starej strefy. To podróż w czasie, podlana solidną dawką nostalgii, ale jednocześnie podana w nowoczesnej formie. Spędzałem tam długie godziny, często ignorując główny wątek fabularny tylko po to, by jeszcze chwilę pobyć „u siebie”. I to chyba mówi więcej niż jakakolwiek analiza.
Doceniam także mroczne Voidstorm, które również dobrze się zwiedzało. Na tym tle nowe lokacje jak Harandar czy powrót do Zul’Aman wypadają… poprawnie. Nie są złe, ale to właśnie stare tereny po liftingu kradną całe show.

Historia, która robi robotę (ale nie kradnie serca)
Fabuła w Midnight trzyma poziom, do którego Blizzard Entertainment zdążył nas przyzwyczaić. Twórcy od lat pokazują, że pomysłów im nie brakuje. Wątki związane z Lor’themar Theron są satysfakcjonujące, a rozwój historii Azeroth nadal potrafi wciągnąć na tyle, by chcieć wiedzieć „co dalej”. Gorzej wypada główna antagonistka – Xal’atath. Może to jeszcze kwestia czasu i rozwoju fabuły, ale na ten moment nie zapada w pamięć tak, jak powinna. Jest obecna, ważna dla historii, ale brakuje jej tego „czegoś”, co definiuje naprawdę dobrych złoczyńców.
Nowości, które… już gdzieś widzieliśmy
Największym „systemowym” dodatkiem jest housing, czyli rozwój domu naszej postaci. I trochę możemy się pośmiać się, że WoW zamienił się w Simsy, ale prawda jest taka, że to działa. Możliwość urządzenia własnego domu czy mieszkania obok znajomych z gildii i odwiedzanie ich daje sporo frajdy. Z kolei aby zdobyć nowe meble i dekoracje należy robić questy i otrzymywać je w nagrodę. To daje motywację, aby kontynuować swoją zabawę w grze.
Problem w tym, że… to nie jest świeże. System pojawił się już we wcześniejszym patchu i w momencie premiery dodatku nie robi już takiego wrażenia, jak powinien. Ba, wielu graczy miało już nieźle urządzone domostwa! Gdyby housing zadebiutował razem z Midnight, mógłby być jednym z jego najmocniejszych filarów. A tak? Jest po prostu funkcją jedną z wielu.
Reszta zmian również wpisuje się w schemat znany z poprzednich dodatków – lekkie modyfikacje klas, nowe talenty, drobne usprawnienia. Wszystko działa, wszystko jest poprawne… i wszystko jest przewidywalne.

Azeroth dla wszystkich… czy już nie dla każdego?
Największy zgrzyt pojawia się tam, gdzie kiedyś biło serce Warcrafta – w konflikcie.
Jako gracz PvP mam wrażenie, że World of Warcraft coraz mocniej odchodzi od tego, co kiedyś definiowało tę grę. Coraz więcej trybów solo, coraz więcej PvE, coraz mniej znaczenia dla starć między graczami. Nowy battleground nie zachwyca, a treningowe tryby PvP bardziej przypominają PvE niż realne przygotowanie do walki.
Do tego dochodzi stopniowe zacieranie granic między Hordą a Przymierzem. Rozumiem kierunek – więcej dostępności, więcej opcji dla graczy z ograniczonym czasem, ale gdzieś po drodze gubimy ducha świata, który był zbudowany na tej wojnie między stronami.
To oczywiście działa na korzyść nowych graczy. Wejście do Azeroth nigdy nie było łatwiejsze i bardziej przystępne. Tylko pytanie, czy przy okazji nie tracimy czegoś, co przez lata budowało jego tożsamość.
I tu dochodzimy do sedna problemu. Midnight to dobry dodatek. Gra się przyjemnie, historia wciąga, lokacje zachwycają (szczególnie jeśli mają dla nas znaczenie emocjonalne). Ale jednocześnie trudno oprzeć się wrażeniu, że to bardziej rozbudowana kontynuacja World of Warcraft: The War Within niż pełnoprawny, przełomowy rozdział. Brakuje tej jednej rzeczy, która sprawiłaby, że powiedzielibyśmy: „wow, tego jeszcze nie było”.

Cień poza grą
Na koniec coś, czego nie da się przemilczeć. Wielu polskich graczy, którzy zamówili fizyczne wydanie dodatku przed premierą, nie otrzymało go na czas. W efekcie zapłacili za dostęp, którego… nie dostali.
Kontakt z supportem Blizzard Entertainment niewiele pomagał – odpowiedzi sprowadzały się głównie do przeprosin bez realnego rozwiązania czy rekompensaty. To sytuacja, która nie powinna mieć miejsca, szczególnie przy tak dużej premierze.
Czy warto wrócić?
Jeśli jesteś fanem Warcrafta – i tak wrócisz. I prawdopodobnie będziesz się dobrze bawił. Midnight daje wystarczająco dużo frajdy, by znów na kilka (albo kilkadziesiąt) godzin wsiąknąć w Azeroth.
Nowi gracze również znajdą tu dla siebie miejsce – gra jest dziś bardziej przystępna niż kiedykolwiek. Tylko nie oczekujcie rewolucji.
World of Warcraft: Midnight to solidna kontynuacja, która świetnie gra na nostalgii i oferuje przyjemną rozgrywkę, ale jednocześnie nie wnosi tyle świeżości, ile powinna. To dodatek, który bardziej rozwija niż redefiniuje – i dla jednych będzie to zaleta, a dla innych największy problem.

