Ach, Borderlands – charakterystyczny styl wizualny, spora dawka humoru i absurdalna ilość broni, którą można by obdzielić armie kilku planet – to seria gier, której nie można pomylić z żadną inną. Już pierwsza odsłona wzbudziła wiele emocji, zdobyła rzesze fanów i bezsprzecznie stała się jedną z ikon gatunku looter shooter. Ba! Oficjalnie przyjmuje się, że to właśnie ona była tą, która zdefiniowała ten rodzaj rozgrywki, choć w sieci można znaleźć informacje, że tytuł ten powinien przypaść zupełnie innej produkcji. To jednak temat na inny czas, bowiem od pewnego czasu fani wspomnianej serii mogą cieszyć się ogrywaniem czwartej części przygód vaulthunterów. Pytanie z jak wielką radością mamy do czynienia?

Jak widać filia Ursusa ma się świetnie na Kairos
Kiedyś to zatentegują… Na pewno…
Na wstępie krótkie wyjaśnienie, dlaczego recenzja tak ważnej dla branży produkcji pojawia się tak późno po premierze. Cóż, wydawca tym razem postawił na influencerów i twórców kontentu, przez co znakomita większość redakcji znalazła się zdecydowanie dalej na uwadze, przez co klucze recenzenckie pojawiły się w naszych rękach dopiero w dniu premiery. Co ciekawe, nie jest to kwestia wielkości danego portalu, bo i nawet molochy branży zostały potraktowane w podobny sposób. Niby nic wielkiego, każdy ma swoje priorytety, a wszak lepiej jest przedstawić bardziej krytycznym recenzentom produkt dopieszczony, pozbawiony bolączek spowodowanych przedpremierowymi pracami, prawda?
Prawda, choć nie w tym przypadku, ponieważ jak już zauważył Karol w swoim artykule, optymalizacja to słowo, które nader często pojawia się w kontekście Borderlands 4. Nie ma w tym nic dziwnego, bowiem gra faktycznie boryka się z poważnymi problemami w tym zakresie. Dość wspomnieć, że przy pierwszym uruchomieniu oraz po KAŻDEJ aktualizacji, po niepomijalnych wstawkach od twórców, widzimy obraz wczytywania ze złowieszczym napisem „kompilowanie shaderów”. Dlaczego złowieszczym? Ponieważ to oznacza, że będziemy zmuszeni poczekać z zabawą na ukończenie tego procesu, a potrafi on trwać nawet kilkanaście minut! Dodajmy do tego fakt, że często kończy się ponownym uruchomieniem gry i kolejną, długą kompilacją. No a kiedy w końcu usłyszymy muzykę, a naszym oczom ukaże się menu i z ulgą odpalimy rozgrywkę, ze zgrozą odkrywamy, że biedne shadery wymagają kolejnej kompilacji! Tak, proces ten przebiega dwa do trzech razy, skutecznie zniechęcając nas do odkrywania uroków faszerowania ołowiem wszystkiego, co się rusza.
Czy po tej męczarni w końcu możemy odetchnąć z ulgą i cieszyć się nieskrępowaną rozrywką? Po części tak. Co prawda drobne błędy, jak niezaładowanie się kawałka rzeki, postać niezależna nieco zatopiona w podłożu czy inne drobne babole stanowiące głównie niewinne niedogodności nie są czymś, przez co gracze rwać będą włosy z głowy, jednak Borderlands 4 ma swoje poważniejsze problemy. Sięgając po wysokie ustawienia, możemy być w zasadzie pewni, iż gra będzie solidnie zgrzytała, skutecznie psując zabawę, niezależnie od tego, jak potężnym sprzętem dysponujemy. Ba! Nawet dostosowując opcje w sposób zapewniający płynną rozgrywkę pewnikiem jest to, że prędzej czy później trafimy do zamkniętej lokacji, która brutalnie przypomni nam o optymalizacji, która zdecydowanie nie jest mocną stroną dzieła studia Gearbox. Do tego dorzućmy sporadyczne, ale w miarę regularne wyrzucanie do pulpitu i mamy obraz gry, dla której lepszym wyjściem byłoby przełożenie premiery o kilka miesięcy. No ale przecież to nasza wina, bo uparcie nie zaopatrujemy się w najnowsze podzespoły w dniu ich premiery, prawda?

Mojżesz! Oddawaj wodę!
W tym szaleństwie jest metoda
Tak jak w poprzednich częściach, w Borderlands 4 wcielamy się w jednego z czterech vault hunterów, specjalistów we wdzieraniu się tam, gdzie się nie powinno i braniu tego, co strzeżone. Każdy z bohaterów reprezentuje zupełnie inny styl gry, od barbarzyńskiego parcia w walkę w zwarciu, poprzez bardziej technologiczne podejście do rozwiązywania problemów, po wykorzystywanie paranormalnych mocy syren. Naszą przygodę zaczynamy od znalezienia się w więzieniu Timekeepera – okrutnego tyrana, którzy rządzi planetą Kairos za pomocą rządów twardej ręki i zaawansowanej technologii wszczepów kontroli umysłów. Oczywiście naszemu protagoniście udaje się wydostać z niewoli, po czym staje się częścią ruchu oporu, którego samozwańczym przywódcą jest, jakże by inaczej, sławetny Claptrap.
Fabuła głównego wątku sprawia, że przez całą rozgrywkę pozostajemy na jednej planecie, w pełni skupiając się na walce z pozornie niezwyciężonym, posiadającym znaczną przewagę wrogiem. Stanowi to swoisty powrót do korzeni serii po średnio udanych podróżach międzyplanetarnych z trzeciej odsłony. Nowością jest jednak nie tylko zmiana Pandory na Kairos, ale też decyzja o przejściu na formułę otwartego świata. Czy była ona właściwa? W dużej mierze tak. Mniej zamknięte lokacje sprawiły, że w przemierzaniu kolejnych regionów wspieramy się plecakiem odrzutowym pozwalającym znacznie wydłużyć skok oraz energetycznym batem, który wizualnie do złudzenia przypomina ten z gry Bulletstorm. Wykorzystanie nowych zabawek sprawia, że eksploracja staje się bardziej dynamiczna i szalona, a przecież to właśnie jest kwintesencją serii, prawda? Choć otwarty świat jest całkiem dobrze wypełniony, lokacje nie wyglądają sztucznie i nie mamy wrażenia obcowania z połaciami pustego terenu, to ma też swoje bolączki. Przede wszystkim problemem jest spora powtarzalność przeciwników, dość szybko zaczyna być nużącym ponowne ścieranie się z tymi samymi bestiami, które zachowują się dokładnie tak samo, jak setki innych, których truchła pozostawiliśmy za sobą. Być może dla niektórych graczy nie będzie to aż takim problemem, jednak kolejna decyzja stanowi już kuriozum. Owszem, stworzenie otwartego świata nie jest łatwe, wszakże i on musi posiadać jakieś ograniczenia, jednak stawianie granic powinno mieć jakieś uzasadnienie w świecie przedstawionym w postaci stromych, olbrzymich gór, bądź wielkich bestii czyhających w głębinach rozpościerającego się po horyzont morza lub oceanu. Twórcy jednak zdecydowali się na zupełnie inny krok zarówno w określaniu ram grywalnej części świata, jak i blokowaniu graczom niechcianych ścieżek dojścia do niektórych lokacji. Jakie było moje zdziwienie, gdy próbując dostać się do jednej z wież, która pozwala na utworzenie punktu szybkiej podróży, zderzyłem się z niewidzialnymi ścianami. Tak – chamskie, bezczelne, bezpardonowe i bezzasadne niewidzialne ściany w otwartym świecie. Dawno już nie spotkałem się z takim lenistwem.
Główny wątek, ze względu na tematykę, ma dość poważny ton, choć nie pozbawiony wstawek humorystycznych. Nie jest to historia zapadająca w pamięć, co jednak nie stanowi wady produkcji. Borderlandsy mają już to do siebie, że akcent stawiają na chaos, rozwałkę i zbieranie całej masy przedmiotów, a opowieść to jedynie pretekst do tego, żeby ruszyć tyłek w dalszą podróż. Nie jest to na szczęście też jakaś miałkie i nudne bajdurzenie dziadka z demencją, który kiwa się przy kominku, przez co momentami gracz zastanawia się co będzie dalej. Jeśli zaś chodzi o zadania poboczne, to jest to istny kalejdoskop. Zdarzają się ciekawe misje pokroju wsparcia rakiety-niewypału obdarzonej inteligencją w spełnieniu marzenia o wybuchnięciu, które wykonuje się z przyjemnością. Z drugiej strony możemy trafić na choćby wyścig, który jest tak nudny, że nawet sam bohater komentuje jego miałkość.

Szkoda, że na mapie nie zaznaczono niewidzialnych ścian
Dostosowanie? Tak, poproszę
Oczywiście czym byłby looter shooter bez całej masy przedmiotów wyskakujących z wszędobylskich pojemników i wylatujących z pokonanych adwersarzy. Podobnie jak w poprzednich odsłonach, różnorodność w uzbrojeniu jest naprawdę niewiarygodna i choć w mojej opinii ich dizajn nie dorównuje w swym szaleństwie tym wcześniejszym, twórcy i tak wykazali się nie lada fantazją. Kilka rodzajów broni, od pistoletów po karabiny snajperskie, które w większości posiadają różne tryby strzelania już same w sobie tworzą dość sporą różnorodność, a gdy dodamy do tego różne żywioły oraz dodatkowe statystyki pasywne, wpływające na postać, dostajemy niemal nieskończone możliwości robienia przeciwnikom kuku.
Dostosowywanie statystyk postaci do swoich preferencji jest w Borderlands 4 jest jednym z aspektów, które składają się na złożoność produkcji. Każdy bohater posiada cały zestaw umiejętności pasywnych oraz zdolności kompletnie zmieniających styl rozgrywki. Dodając do tego już wspomniane bronie oraz całe spektrum innych przedmiotów, od generatorów tarcz po granaty, sposoby na odpicowanie swojego protagonisty zdają się niemal nieograniczone! Dość wspomnieć, że nawet wybór zestawu medycznego ma znaczenie, nawet on bowiem, prócz ilości odzyskiwanego za jego pomocą zdrowia i szybkości kolejnego użycia, posiadają też inne statystyki wpływające stale na postać.

To zdecydowanie nie jest dzień tego wartownika
Niby lepiej, a jednak
Borderlandsy, prócz zapoczątkowania i rozsławienia gatunku looter shooter zawsze wyróżniały się na tle innych produkcji swą dość komiksową szatą graficzną. Charakterystyczne, szalone postacie okraszone wyrazistymi kreskami i kolorami to niemalże ikona serii, którą ciężko pomylić z jakąkolwiek inną. Pomimo tego, każda kolejna część poprawiała swoją szatę graficzną, dodając do swojego stylu więcej detali i szczegółowości. Nie inaczej jest z czwartą odsłoną, choć przyznać muszę, że w tym przypadku nie jest to droga w dobrą stronę. Owszem, gdy spogląda się na screeny z gry, wyraźnie widać ten rysunkowy klimat, sytuacja jednak wygląda zupełnie inaczej w trakcie dynamicznej rozgrywki. O ile we wcześniejszych odsłonach poczucie obcowania z narysowanym światem pozostawało ze mną nieustannie, tak z każdą odsłoną miałem wrażenie, że w ruchu ta maniera zanika sprawiając, że gra wygląda w zasadzie jak każda inna. Większa ilość szczegółów i wizualnych wodotrysków, która w odmiennych przypadkach działa na korzyść produkcji, tutaj zabija oryginalność sprawiając, że jeden z charakterystycznych aspektów serii umiera w natłoku detali.
Udźwiękowienie gry stoi na całkiem przyzwoitym poziomie – odgłosy broni są adekwatne do ich mocy i stosowanych przezeń pocisków, przeciwnicy, zarówno mechaniczni, biologiczni jak i bestie brzmią wiarygodnie, a dialogi są pełne emocji właściwych zarówno dla charakterów postaci jak i wydarzeń w jakich biorą udział. Słuchając komentarzy wybranego przeze mnie bohatera, czyli vault huntera imieniem Rafa, miałem nawet wrażenie, że aktor głosowy całkiem dobrze się bawił, nagrywając zawadiacki ton protagonisty wplatającego w swe wypowiedzi południowoamerykańskie określenia i przytyki. Zupełnie inaczej jest z muzyką, bowiem ta kompletnie nie zostaje w pamięci ani nie wpływa na odbiór dziejących się na ekranie wydarzeń.

Miejsce zadumy wymaga odpowiedniej aranżacji
Na koniec zostawiłem to, co zaskoczyło mnie przy pierwszym odpaleniu Borderlands 4, czyli lokalizacja tekstowa. Tak, miłośnicy grania w rodzimym języku w końcu doczekali się oficjalnej polskiej wersji językowej. Tu trzeba przyznać, że twórcy postarali się przedstawić zarówno żarty słowne (co czasem jest wręcz niemożliwe do wykonania) jak i oddać szalony charakter produkcji, jednak nie obyło się bez pewnych problemów. Przede wszystkim zdania są ucinane dość chaotycznie, nie są pokazywane w całości, a nieraz się zdarza, że po wyświetleniu kolejnej części tekstu dopiero tam znajduje się jego ostatnie słowo. To dość mocno zakłóca płynność czytania, choć da się do tego jeszcze przyzwyczaić. Gorzej jest z tłumaczeniem postaci, które wyrażają się niewyraźnie lub popełniają masę błędów. Nieraz nie byłem w stanie kompletnie zrozumieć tego, co dana postać mówi, choć słuchając dało się wyłapać treść oryginału. Bolączką jest również to, że w menu ekwipunku nieraz niektóre słowa nie są w ogóle przetłumaczone. Wygląda to dość dziwnie, biorąc pod uwagę, że nawet nazwy własne niektórych karabinów zostały przełożone na nasz rodzimy język.
To jaki jest ten Borderlands 4? Pomimo fatalnej optymalizacji, garści błędów i innych drobniejszych bolączek, jest to produkcja całkiem solidna. Nie mamy tu do czynienia z wielkim hitem (na co by wskazywała cena), nie jest to też ani ewolucja, ani rewolucja w serii. To po prostu kolejna część popularnych lootershooterów, która zapewne trafi do fanów uniwersum, a ma też szanse wywołać uśmiech wśród tych, którzy nie mieli okazji przemierzać jałowych pustkowi Pandory. Ot kontynuacja hitu, w którego nieoczekiwanym, głównym antagonistą stała się optymalizacja i buta CEO Gearbox Software.

Czymże byłyby Borderlandsy bez Claptrapa
Grę do recenzji otrzymaliśmy od Cenegi, za co bardzo dziękujemy, ale nie wpływa to na ocenę końcową produktu.