Po sukcesie Supermana, który zachwycił widzów i krytyków mimo ogólnego zmęczenia filmami superbohaterskimi, przed Jamesem Gunnem i Peterem Safranem stanęło poważne wyzwanie: czy uda się utrzymać dobrą passę także przy bohaterce, która nigdy nie była tak rozpoznawalna jak jej słynny kuzyn? Po premierze pierwszego zwiastuna Supergirl nie ma już wątpliwości — w DCU znów dzieje się coś ekscytującego.
Zwiastun potwierdza, że film mocno adaptuje głośną serię Supergirl: Woman of Tomorrow autorstwa Toma Kinga i Bilquis Evely. Wiele ujęć wygląda jak żywcem przeniesionych z komiksowych plansz, co pokazuje duży szacunek twórców do materiału źródłowego. Film zaczyna się w momencie, gdy Kara (Milly Alcock) jest na dnie — oglądamy ją pijącą w barze, zanim wyruszy w kosmiczną misję wraz z Ruthye Marye Knoll (Eve Ridley). Ten trzon historii został zachowany zgodnie z oryginałem.
Jednocześnie adaptacja wprowadza istotną zmianę, która silniej osadza film w nowym uniwersum: pojawia się Lobo, grany przez Jasona Momoę. Fani od lat powtarzali, że Momoa „urodził się do tej roli”, i wszystko wskazuje na to, że mieli rację. Krótkie ujęcie w zwiastunie prezentuje jego komiksowy wygląd — od kredowobiałej skóry po charakterystyczną skórzaną kamizelkę.
Wprowadzenie tak dużej postaci sprawia, że film nie będzie zamkniętą, kameralną opowieścią — jak w oryginalnym komiksie — lecz częścią większej, galaktycznej układanki DCU. To naturalna kontynuacja świata zarysowanego w Supermanie, udowadniająca, że nowe uniwersum jest szerokie, żywe i pełne znanych bohaterów.
Umieszczenie Supergirl jako drugiego filmu w nowym DCU to sprytna decyzja — po klasycznym superbohaterskim kinie dostajemy kosmiczny dramat. Takie zróżnicowanie tonów i gatunków pokazuje widzom, że w DCU znajdzie się miejsce na bardzo różne historie.
Supergirl trafi do kin 26 czerwca 2026 roku.