Przyszłość. Jest rok 2015…
… Ziemia od wielu lat pogrążona jest w walkach wszystkich ze wszystkimi, których główną osią jest konflikt USA z układem państw skupionych wokół ZSRR. Północy dłużne nie pozostaje globalne południe, choć Afryka i Azja rozdzierane są swoimi wojnami.
Jak widzicie, mamy tu katastroficzne rozwinięcie tego, co w latach 80., (kiedy ukazał się Najazd) , faktycznie działo się na świecie. I czego skutki widzimy do dzisiaj w wiadomościach. I tylko jedno się nie zgadza (pesymizm Hogana tak daleko nie sięgnął) – podbój kosmosu trwa w najlepsze i możliwe jest wreszcie wysłanie bezzałogowej misji do najbliższego Słonecznemu układu planetarnego.
Jasne, że troszeczkę zabawne jest widzieć takie daty jak wspomniany 2015 czy 2021 w fikcji spekulatywnej, opisującej możliwe ścieżki rozwoju ludzkości. Ale jeśli przymkniecie na to oko, opowieść o kolonizacji Chirona (którego w rzeczywistości w opisywanym układzie nie ma) wciąż ma wiele powabu.
Z jednej strony mogłaby „wydarzać się” za jakieś sto lat (może wreszcie rozwiniemy te programy kosmiczne?), z drugiej — jest produktem swojej epoki… od której nasza obecna tak fundamentalnie się nie różni. Nie da się łatwo uciec od tego, że początek XXI wieku wychował się na Guns n’ Roses, Whamie, komiksach Alana Moore’a, książkach Atwood czy Johna Irwinga…
W rzeczonym 2015 wysłano na krążącego w układzie Alfa Centauri Chirona misję bezzałogową, której zadaniem było założyć na tej planecie ludzką kolonię. Pierwsi osadnicy urodzili się dzięki metodom in vitro, a wychowały ich maszyny. Nowe społeczeństwo znało historię swojego pochodzenia, utrzymywało pewien kontakt z Ziemią, ale rozwijało się zupełnie niezależnie od tego, co działo się na ich rodzimej planecie.
Już kilka lat po starcie tego programu w ślad za pierwotną misją ruszyły kolejne, załogowe — znowu z misją kolonizacyjną, tym razem na wzór tej, którą Nowemu Światu zorganizował Kolumb. Bo przecież na nowoodkrytej planecie już rozwijała się cywilizacja.
Zapewniam Was, że książkę czyta się znakomicie, wciąga, jest pełna akcji, ale motywowanej decyzjami bohaterów. Mnóstwo tu interakcji społecznych, dzięki którym poszczególne postacie ewoluują zmieniając swoje spojrzenie na siebie samych i innych ludzi.
Hogan opisuje wojsko czy politykę tak, że przypomni wam się Paragraf 22. Być może już czujecie w moim pisaniu nadciągające „ale”, jednak poczekajcie jeszcze chwilę.
Włącz myślenie
Najazd z przeszłości pokazuje zderzenie obciążonej historycznie i ideologicznie społeczności z samoorganizującą się, obyczajowo liberalną, doskonale funkcjonującą anarchią. Chirońskie społeczeństwo jest pragmatyczne, realistyczne, ma coś w rodzaju turkusowej struktury, w której zamiast hierarchii władzy funkcjonują liderzy, których przywództwo oparte jest na wiedzy i umiejętnościach.
Cała ta utopia stała się możliwa dlatego, że gospodarka planety zapewnia każdemu nielimitowany dostęp do energii i dóbr materialnych, więc pierwsze dwa piętra piramidy potrzeb Maslowa mieszkańcy mają odhaczone, i to z zapasem.
W tym utopijnym systemie pojawiają się goście z zamierzchłej przeszłości, obciążeni balastem kapitalizmu, gospodarki opartej na pieniądzu, konserwatyzmu i religii. Oczywiście postanawiają przeszczepić to wszystko, najlepszy możliwy z ustrojów, na grunt zdziecinniałej, nieprzystosowanej do „prawdziwego świata” kolonii.
James P. Hogan nie pozostawia czytelnikowi wątpliwości, po czyjej stronie leżą jego sympatie, więc ten szybko domyśla się, kto wygra. Niektórzy recenzenci wskazują też na pewną naiwność tej powieści — znajdziecie takie uwagi w reckach rebisowego wydania jak i oryginalnego.
Są tu też elementy, które mogą wywołać u was większe uniesienie brwi niż czas akcji, na przykład pochwała obyczajowości Chirończyków obejmuje liczne nastoletnie matki (oddam jednak autorowi sprawiedliwość — nie znajdziecie tu popularnych w mediach społecznościowych komentarzy, jak to po 25 roku życia baba jest już za stara).
Dotarliście do „ale”, a może raczej do małej przerwy na refleksję. Hogan był antysystemowcem, wierzył w teorie spiskowe, za to nie wierzył w Holokaust. Choć zafascynowany nauką, nie ufał medycynie i uważał, że AIDS przenoszony jest… w lekach, a nie wywoływany obecnością wirusa.
W Najeżdzie z przeszłości nie znajdziecie tych wątków, ale niewątpliwie niezależność Chirończyków dziedziczy sporo z postawy i gustu ich twórcy. Żeby podkręcić kontrowersje, mogę dorzucić coś o polskim tłumaczeniu — tym właśnie, które przeczytacie w wersji z Wehikułu czasu.
Powstało ono niedługo po publikacji oryginału, powieść ukazywała się w znanym i kochanym czasopiśmie Fantastyka w odcinkach, potem miała dwa wydania książkowe (1985 i 1993). Przetłumaczył ją Juliusz Garztecki, weteran AK i… służb bezpieczeństwa PRL.
Jak widzicie, różnie się plotą losy ludzi i książek. Sam przekład, przynajmniej w nowym wydaniu, brzmi bardzo dobrze.
Najazd z przeszłości to powieść utopijna mająca pokazać, że gdyby pozbawić ludzi balastu zabobonów i nieracjonalnych przekonań, mogłaby stworzyć naprawdę nowoczesne i egalitarne społeczeństwo. Co stoi w oczywistej sprzeczności z tradycją powieści takich jak Władca much wskazującym, że taka grupa zaczęłaby raczej bezlitośnie ustalać hierarchie oparte na brutalnej sile. Hogan chyba jednak nie docenił roli maszyn, które musiały wychować jego nowego człowieka, promując w nim ciekawość i praktyczne podejście.
