Bryan Lee O’Malley, autor Scotta Pilgrima, zekranizowanego przez Netflixa, powraca z nowym, jednotomowym komiksem. Czy Seconds okaże się tak wybitną historią, że również zasłuży na pojawienie się na ekranie telewizora?
Szalone manipulacje przeszłością
Uwielbiam, gdy jakiś utwór zaskakuje mnie, a jeszcze bardziej, gdy naprawdę od niego niczego nie oczekuję. Wziąłem Seconds trochę od niechcenia , zakładając, że będzie to średniak, przy którym po prostu miło spędzę czas. A tymczasem dzieło Bryana Lee O’Malleya rozłożyło mnie na łopatki. Nie spodziewałem się, że będzie to aż tak bardzo dobre, wciągające, oryginalne i fascynujące. Komiks koncentruje się w gruncie rzeczy na wątku obyczajowym. Główna bohaterka jest szefową kuchni, która zainwestowała w nową restaurację. Niestety nie do końca jej się powodzi. Ma problem z wykończeniem knajpy, żałuje, że jej związek się rozpadł, a także, że przez romans z kucharzem doszło do wypadku w kuchni. I wtedy na scenę wchodzi duch zamieszkujący tę restaurację z magicznymi grzybkami (serio!), dzięki którym możliwe jest wprowadzanie korekt w swoim życiu. Zaczyna się od drobiazgów, a w końcu na całkiem sporym manipulowaniu czasem. W teorii dużo było już różnych historii o naprawianiu przeszłości. W Seconds różnica jest taka, że protagonistka nie cofa się w czasie, tylko wymazuje lub dodaje jakiś szczegół do swojej linii czasu. Co może mieć o wiele większe komplikacje, o których nasza bohaterka nie będzie wiedziała, a przez to będzie się mylić np. w rozmowach z innymi postaciami.

Halo! Halo! Czy mnie słyszysz narratorze?
To, co najbardziej mnie ujęło to humor, a przede wszystkim łamanie czwartej ściany, które objawia się w dyskusji protagonistki z narratorem – genialny zabieg! W kwadratowym dymku narrator ocenia czy krytykuje bohaterkę, a ta odgryza się i próbuje skonfrontować wysnutą tezę. Szkoda, że później ten element pojawia się już rzadziej. Niemniej nadal dla nawet tego drobiazgu warto sięgnąć po Seconds. Tylko że ten komiks pod każdym innym względem też jest genialny. Tak naprawdę polecam go, bo nie tylko ma zaskakujące i oryginalne pomysły, wciągającą fabułę, ale też dobrze napisanych bohaterów. To są postacie, które od pierwszego spotkania przypominają ludzi z krwi i kości. Sporo im brakuje do ideału, często błądzą, ale pomimo wszystko wzbudzają sympatię. Już żywiołowa protagonistka przyciąga od pierwszego kadru. Z jednej strony silna, a z drugiej czasem mocno krytyczna względem siebie.

Płomienne włosy zwiastują żywiołowy charakter
To mój pierwszy kontakt z kreską Bryana Lee O’Malleya. I muszę przyznać, że ten styl zauroczył mnie. Niby nie ma tu nic takiego nadzwyczajnego, ale wszystkie te postacie wyglądają tak sympatycznie. Doceniam, że na sceny przedstawiające korektę przeszłości, nałożono jakby czerwony filtr. Nie rozumiem tylko czemu tak genialny komiks ma tak słabą okładkę. Katie jest sympatyczną dziewczyną, do tego ładnie się prezentuje, ale jednak spodziewałbym się czegoś bardziej spektakularnego. Mnie ta okładka wręcz zniechęciła. To naprawdę czysty przypadek, a może chwila słabości i jakaś ciekawość zadecydowała o tym, że sięgnąłem po ten komiks. A to okazało się po prostu czyste złoto, które idealnie trafiło w mój gust. Do wydania nie mam żadnych zastrzeżeń. Oprawa miękka ze skrzydełkami, mały format, który idealnie mi pasuje na moją honorową półeczkę (zasługuje, aby stać obok mojego ukochanego Usagiego Yojimbo). Na końcu niestety nie uświadczymy żadnych dodatków, jest tylko notatka o autorach i podziękowanie. Cena może trochę odstraszać, ale w tym wypadku jestem pewien, że warto zapłacić nawet cenę okładkową, bo zawartość jest tego warta.

Czy warto zjeść lunch w Seconds?
Nie czytałem Scotta Pilgrima, więc nie do końca wiedziałem, czego się mogę spodziewać po Bryanie Lee O’Malleyu. I po prostu dostałem od niego mocnego strzała na twarz. Seconds to prawdziwa niespodzianka. Komiks niepozorny, z mało interesującą okładką, ale jednak z bogatym wnętrzem. Pod każdym względem perełka. Chcę mieć tę pozycję na półce. Wrócić do niej jeszcze choć jeden raz. Co prawda końcówka mogłaby być ociupinkę lepsza, ale ten drobny spadek formy i tak nie rzutuje na całość. Dla mnie to, póki co, największe objawienie tego roku. I na chwilę obecną mogę powiedzieć, że jest to mój ulubiony komiks od Nagle Comics. Polecam! A tymczasem chyba będę musiał sięgnąć po Scotta Pilgrima albo w formie powieści obrazkowej, albo w postaci serialu.
Komiks do recenzji dostarczyło wydawnictwo Nagle Comics, za co bardzo dziękujemy, ale nie wpływa to na ocenę końcową produktu.